Szwajcarskie fondue i rockowe jodłowanie…

0
W swoim poście pt. „Dokładnie dwa lata temu…” (http://sagittasworld.blogspot.ch/2016/01/dokadnie-dwa-lata-temu.html) pisałam o książkach, które kupiliśmy przed naszym wyjazdem do Szwajcarii. Ostrzegałam przed ich zakupem osoby, które nie mają doświadczenia z tym krajem. Bo kto się zdecyduje na przeprowadzkę, czytając na przykład, że jak się przekroczy prędkość o kilka kilometrów, to Szwajcar spisze numer rejestracyjny i doniesie komu trzeba? Albo, że zanim Szwajcar zaprosi Cię do siebie do domu, to miną lata. Szybciej wezwie policję, jak uruchomisz prysznic po 22. I w żadnym wypadku nie gadaj ze Szwajcarem o pogodzie, bo to temat zbyt głupi i jak powiesz, że strasznie dziś zimno, to Szwajcar patrząc na Ciebie, chłodno i z politowaniem, odpowie: „Zima jest”. I wtedy już na pewno nie masz co liczyć, że kiedykolwiek Cię do siebie zaprosi… Game is over!
Wyobrażacie sobie, jak trudne były nasze pierwsze dni tutaj?
„Jest 21:50. Nie ryzykuję, umyję się rano.”
„Patrz na prędkościomierz! Masz o 1 km za dużo.”
„Słyszę sąsiadów na klatce. Zaraz wyjdziemy, nie spieszy się. Bo o czym będziemy z nimi gadać? O pogodzie?”
„Co tak w tym domu śmierdzi? – Śmieci (tak, to na pewno są śmieci, myłam się przecież rano…). – Dlaczego ich nie wyrzucisz? – Nie przeczytałam jeszcze całej instrukcji segregowania, a policja śmieciowa czyha.”
Wiele się zmieniło, kiedy po kilku dniach przyszedł do nas szwajcarski sąsiad z powitalną butelką wina, a po kilku tygodniach jego żona stwierdziła, że musimy kiedyś do nich wpaść na kawę lub grilla. Wow!

Po roku wręczyli nam klucze do swojego mieszkania. Nieważne, że nie mieli w sumie innego wyjścia, bo musieli pilnie wyjechać do Włoch i nie mogli zabrać ze sobą kota. Chodziliśmy dumni jak pawie: mamy klucze do mieszkania szwajcarskich sąsiadów i w dodatku szwajcarskiego kota pod opieką. Osiągnęliśmy najwyższy poziom zaufania z ich strony, poziom ‚master’!

Wysoki poziom zażyłości osiągnęliśmy natomiast, kiedy pewnego dnia dostaliśmy maila od sąsiadów: „Zapraszamy w sobotę do nas na fondue”. Zaproszenie nie byle jakie, bo wśród imion zapraszających znalazło się też imię kota. Ha! Godziny zabaw z kotem jego ulubionym sznurem przyniosły efekt zadowalający.

Przy konsumowaniu wspólnie serowego fondue, darowali nam zabawę, polegającą na tym, że kiedy podczas maczania chleba w serze, kawałek chleba niefortunnie wpadnie do gara, musisz robić jakieś głupie rzeczy w stylu tych z weselnych gier w fanty. Sąsiad wymyślił zabawę fajniejszą. Zabawę „Swiss or not?”. Otóż puszczał anglojęzyczne kawałki, a my mieliśmy za zadanie odgadnąć, czy kapela pochodzi ze Szwajcarii, czy nie.
Banał, powiecie… Jak jodłują to szwajcarskie. Otóż nie. Okazuje się, że oni nie tylko jodłują! I tak dzięki zabawie odkryłam zespół rockowy pochodzący ze Szwajcarii, Gotthard.

„Eagle”: https://www.youtube.com/watch?v=mHyB7q5fxjY
„Heaven”: https://www.youtube.com/watch?v=apP448jksho

Zabawa trwa dalej. Poprzeczka idzie wyżej. Przechodzimy do piosenek śpiewanych po szwajcarsku. Jaki to szwajcarski dialekt?
A dialektów ‚szwajcarskiego niemieckiego’ jest ponoć ponad 20, przy czym ja jestem na etapie odróżniania ogólnego ‚schwyzerdütsch’ od ‚hochdeutsch’. Jak ktoś zaczyna do mnie gadać i go w ogóle nie rozumiem, to z całą pewnością mogę stwierdzić, że to nie jest wysoki niemiecki. I różnicy mi nie robi żadnej, czy to w dialekcie zuryskim, czy berneńskim przemawia. Się nie dogadamy i już. No bo, jak się dogadać, nie znając szwajcarskiego, kiedy na przykład ‚Küchenschrank’ to po szwajcarsku ‚Chuchichäschtli’?!…

Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 2

Unikalne wyświetlenia strony: 2


0/50 ocen

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj