Poczekalnie dla bogatych

3

lot

Podróżowanie samolotem to czasami naprawdę ciężka sprawa. Zwłaszcza gdy zdarzy nam się międzylądowanie we Frankfurcie. Problemem nie jest nawet sam rozmiar lotniska (z jednego gate`u do drugiego trzeba drałować ponad godzinę), ale jego nieprzewidywalność. Tylko tu może się zdarzyć, że strefa odlotów „Z” znajduje się nad strefą „A”. Natomiast strefa „C” należąca do terminalu 1 tak naprawdę znajduje się w terminalu 2. W dodatku literę „Z” czyta się w języku niemieckim jak literę „C”, a oba terminale są od siebie bardzo oddalone. Wszystko to sprawia, że na lotnisku , z którego codziennie startuje i ląduje ponad 700 samolotów, bardzo łatwo jest się zgubić. Nie dziwi więc widok ludzi biegających z obłędem w oczach i szukających własnego samolotu.
Znani są z tego zwłaszcza Polacy, którzy z natury m języku. Zupełną odwrotnością są Niemcy, którzy dla odmiany pytają każdego osobnika ubranego w uniform (nie ważne jaki, ważne że uniform). Pytają o wszystko zatrzymując się przy tym co dwa metry i powtarzając każdą informacje po dwa razy. Są jednak chlubne wyjątki. Siedzę sobie kiedyś i widzę jak w moim kierunku lewituje polka koło 50-tki. Skąd wiem, że Polka? Tradycyjnie rudy tapir, torba podróżna zamiast walizki, z tyłu zdominowany niepewny maż w białych skarpetach obutych w sandały. Naturalnie wąsy na Małysza. Zbliża się do mnie rzeczona matrona, na czole widzę zmarszczkę oznaczającą zwiększony wysiłek intelektualny. Mówię w języku ojców – Dzień dobry, jak mógłbym pomóc? Zamiast pozdrowienia, pani podróżna wypowiada coś w stylu –„Łer ist gejt … Yyyy… trzydzieści sześć – z polska angielskie zdanie kończy. Odpowiadam grzecznie, że dalej prosto a potem w prawo. Pani rzuca jeszcze coś w stylu „senkju” i odchodzi w wyznaczonym kierunku, trzymając na uwięzi męża. Po paru sekundach się zatrzymuje i odwraca w moją stronę i mówi – Aha…- po czym idzie dalej.
Ale zdarzają się i miłe historie. Raz trafiła mi się pani, która na swoje nieszczęście, a moje szczęście wyszła poza strefę bezpieczeństwa, wraz z swoją walizką. Przy ponownej kontroli okazało się, że niestety jej bagaż ma nadwagę. Zrezygnowana wyciągnęła nadmierne dwa kilogramy w postaci niezłej brandy i wręczyła ją mnie. Obiecałem wypić jej zdrowie i w najbliższym czasie zamierzam spełnić obietnicę.

lounge6
W ogóle praca na lotnisku pozwala nabrać pewnych spostrzeżeń narodowych. I nie chodzi tu wcale o stereotypy, albo uprzedzenia. Po prostu w wielu sprawach się różnimy. Na przykład Hindusi lubią powtarzać każdą zasłyszaną odpowiedź trzy razy. Nie raz nie dwa, ale zawsze trzy. – Przykro mi, ale nie ma pan uprawnień , aby wejść do tej Lounge – tłumaczę grzecznie pasażerowi z Bombaju. – Aha czyli nie mogę wejść – komentuje on. – Tak, zgadza się – potwierdzam ja. – Czyli nie mam wejścia – stwierdza ponownie jegomość. – Jawohl – mówię mu. – I na pewno nie mogę tam się dostać – drąży? – Na pewno – rozwiewam trzeci raz jego wątpliwości. On się wcale nie kłóci, on po prostu grzecznie się pyta. Problem jedynie w tym , że tych hindusów jest na świecie koło miliarda i ci którzy podróżują, robią to często przez Frankfurt. Trzeba więc się stale powtarzać. Odwrotni są za to Niemcy. Oni lubią dyskutować, mimo że wiedzą iż nic nie wskórają.
W ogóle może warto wyjaśnić, co to są te całe Lounge. Bo pewnie niektórzy z was nie podróżują business class i nie wiedzą. Otóż jest to taka poczekalnia dla bogatych. Można tam posiedzieć w fotelu i napić się darmowej kawy albo coca coli. Naprawdę nic specjalnego. Jest jednak pewien typ ludzi (w Europie Zachodniej, Arabii i Azji Wschodniej), którzy mają w zwyczaju wydawać na bilety cztery razy więcej niż inni. W zamian dostają kilka przywilejów, o których my maluczcy możemy tylko pomarzyć. Mogą na przykład wejść pierwsi do samolotu, co jest baaardzo ważne zważywszy, że miejsca są numerowane. Innym niesamowitym udogodnieniem jest to, że dostaną posiłek jako pierwsi i nawet lampkę szampana na dłuższych trasach. Same plusy warte przepłacania za bilet. Jest jednak jedna rzecz, warta takich poświęceń. To chwila kiedy owi bogaci wchodzą sobie do Business Lounge. Wyciągają wtedy swoją Srebrną kartę Star Alliance a co bogatsi nawet złotą i głośno ją pokazują wszystkim wokół ekonomicznym, by następnie wręczyć ją mnie. Ja ją przeciągam przez skaner i wpuszczam (albo nie) do ziemi obiecanej darmową kawą i mlekiem płynącą. Ach to zażenowanie w ich nadętych oczach, gdy okazuje się, że ich noszona w portfelu od trzech lat karta, jest nieaktualna. Nie pomagają tłumaczenia , że nowa karta została w domu, albo że ktoś ją zgubił, mimo że przecież on jest Frequent Traveller. – Przykro mi ale jesteśmy w Niemczech! – odpowiadam w takich przypadkach – dla nikogo nie ma wyjątków. Jak więc widzicie, moja praca daje wiele satysfakcji.
Wiec tak sobie siedzę i wpuszczam (go sir) albo nie wpuszczam (no go sir). Czasem nawet któryś z pracowników lounge mnie poczęstuje herbatą, albo ohydnym curry wurst , stąd wiem, że strasznym syfem częstują nadętych bogaczy . Praca jest taka ciężka, że w międzyczasie właśnie piszę te słowa, tylko co chwilę ktoś przychodzi i mi taką złotą kartą po oczach świecić . Stąd tekst ten może wydawać się nieco nie spójny, gdyż bogate mendy mi stale w pisaniu przeszkadzają.
Czasem jednak mamy pewne niespodzianki . Zwłaszcza, gdy trzeba zrozumieć kogoś, kto całe życie zajada ryż pałeczkami. Wiem, że może i mnie czasem ciężko zrozumieć, ale prawdziwe schody są z chińczykami. Przychodzi taki do mnie i mówi „Pipi Kaka”. Patrzę na niego, facet w najdroższym szytym na miarę garniturze, a mówi do mnie po niemiecku „Siusiu Kupka”. To mu pokazuje najbliższą toaletę i mówię, że siusiu tam się robi, bo takie mamy zwyczaje w jewropie od czasów Marco Polo. A on do mnie pipi kaka, ale nie toaleta. Pokazuje mu, że po chińsku nie fersztejen. A on wyciąga czarną kartę (kaka) z napisem Priority Pass (pipi) i mi pokazuje. Strasznie się obaj ucieszyliśmy, żeśmy się wreszcie dogadali. Po czym zablokowuję mu drogę i mówię „no go”. Bo czarna karta to wcale nie srebrna ani nie złota. A przecież ordung muss sein. Nie było happy endu.
Przed chwilą wpuściłem Dunkę, której ktoś wpisał na karcie pokładowej „Goril” zamiast imienia. No chyba, że to rodzice byli tacy zabawiani. Wczoraj za to przyszła baba, która mi tłumaczy, że w Loungu ludzie dotykają jabłek a potem je odstawiają z powrotem na stół, a to jest strasznie nie higieniczne. Krytykę przyjąłem jednym uchem a wypuściłem drugim. W końcu ja tam nie jadam. Mimo wszystko polecam pracę na lotnisku. Jest się gdzie przejść, człowiek ma się gdzie zgubić, ma komu w kółko po powtarzać ( co właśnie w tej chwili robie jakiemuś azjacie) i jeszcze można komuś na złość zrobić. Co za zabawa!

Leo

Unaswdojczlandzie.blogspot.com


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 1

Unikalne wyświetlenia strony: 1


0/50 ocen

3 KOMENTARZE

  1. Panie Lechu, żeby krytykować czy wręcz wyśmiewać coś lub kogoś trzeba samemu dysponować pewnym poziomem inteligencji, erudycji czy dowcipu, Panu się to udało tylko częściowo, zaś to „kłucenie” faktyczni, mocno kłuje w oczy.

  2. „Kto sprawdza Ci ten tekst przed opublikowaniem? :D
    W zdaniu rozłącznym przed „albo” nie ma przecinka.I na Boga : „kłócić się” , zamykamy u :)

    Tekst ciekawy i wart przeczytania. Zgadzam się z SylwiaZajdel, dużo śmiechu!!!”

    Chciałem to napisać przed przeczytaniem ostatniego akapitu. Nie napinam się, robota musi być super!!! :D :D
    :D

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj