Polka w Rosji… w oczach Rosjan. Moja historia

0
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że wyemigruję z Polski, nie uwierzyłabym. Gdyby dodał, że wyemigruję do Rosji – tym bardziej. Chyba bym się nawet przestraszyła, bo Rosja zawsze kojarzyła mi się z tym, z czym kojarzy się innym Polakom, którzy nigdy nie mieli z tym krajem bliższej styczności, czyli – mafia, podejrzane interesy, pijaństwo, podróbki, bogacze i biedota. Słowem, nic dobrego. W dodatku w szkole nie lubiłam języka rosyjskiego, który na słuch niby taki prosty, a bukwy doprowadzały mnie do szału. Pamiętam, jak zadawano nam do domu czytanie krótkich tekstów, a potem czytało się na głos. Wiadomo było od razu, kto zapomniał odrobić lekcje. Bo wyuczenie się czytanki polegało na napisaniu sobie tego tekstu fonetycznie, to był najefektywniejszy sposób na dobrą ocenę, bo inaczej, choćbyś nie wiadomo ile się tego uczył, bukwy się mieszały, zlewały, w końcu łamał się język i potem już koniec. Nigdy więc nie marzyłam o chociażby podróży do Rosji, bo po cóż chcieć do kraju, którego język był dla mnie najgorszym, zaraz po matmie, przedmiotem w szkole.
Życie czasem zaskakuje. Lata mijały, a ja powoli zapominałam o traumie z językiem rosyjskim. Jakoś po latach zaczął mi się nawet podobać, choć do nauki nadal mnie nie ciągnęło. Podobał mi się taki program w telewizji, gdzie Austriacy wyruszali na Wschód, często do Rosji, by szukać żon, nazywał się „Miłosny biznes”, a podkładem muzycznym programu była najpopularniejsza rosyjska melodia, w ogóle oprawa była w rosyjskim stylu, matrioszki itp. I tak z czasem moja niechęć do rosyjskiego przeszła w stan neutralny, a następnie w niezrozumiałą sympatię, tak jakby wszystko zmierzało w jednym kierunku, do celu, o którym nie miałam pojęcia.

 

Moja miłość do Rosji ujawniła się, kiedy poznałam w sieci uroczego, odważnego i cholernie upartego Rosjanina, który od razu zaczął zabiegać o moje względy. Broniłam się na wszelkie możliwe sposoby, ale nieświadomie coraz bardziej się wciągałam w tę fascynującą znajomość (mity o mafii odżyły, wyobrażałam sobie takiego rosyjskiego Don Corleone gdzieś daleko w Rosji przed komputerem, który w ciągu dnia załatwia interesy na mieście, a wieczorem przychodzi ze mną pisać). Nie jestem naiwna, ale jemu uwierzyłam, że chce się ze mną ożenić. I tak też się stało, niecały rok po naszym pierwszym spotkaniu w realu byliśmy już małżeństwem. Sytuacja odwrotna niż w moim niegdyś ulubionym programie, gdzie to Zachód wyruszał na Wschód – do krainy żon idealnych.

Okazało się, że fascynuje mnie ten kraj, zakochałam się, wpadłam po uszy.

W planach na wspólną przyszłość od początku była mowa o życiu w Rosji. Nie miałam nic do stracenia, wręcz przeciwnie, życie moje wkroczyło na nowe, wcześniej niedostrzegalne, tory, nabrało barw. Właśnie w tym kraju, który wcześniej był mi tak nieznany i kojarzący się głównie z negatywami. Oczywiście, że głównym sprawcą tego stanu jest mój uroczy rosyjski Don Corleone, ale bywa i tak, że wyjeżdża się za głosem serca, a kraj i tak jakoś nie podchodzi, człowiek się męczy, na każdym kroku coś go denerwuje, a po latach wraca do ojczyzny już uprzedzony. A mi się tu podoba.

Do napisania o sobie jako polskiej imigrantce w Rosji zachęciła mnie blogerka Anna z ParisMoskwa, arcyciekawego bloga, na którym możecie się dowiedzieć różnych rzeczy i o Francuzach, i o Rosjanach, o Polakach i ostatnio nawet Amerykanach! Pisałam o wschodnich imigrantach w Moskwie i padło w komentarzu pytanie, jak to mnie odbierają tutaj. Refleksje na ten temat stały się prowodyrem tych osobistych zwierzeń, które (mam nadzieję) macie przyjemność czytać. A zatem przechodzę do sedna – co sądzą Rosjanie o Polce w Rosji?

O reakcji rodziny mojego Męża nie będę dużo pisać, bo dla nich wszystko było jasne. Miłość. Każdy wie, na jakie szalone czyny może porwać się człowiek, by być z drugim człowiekiem. Decyzja o mojej przeprowadzce była dla nich dowodem na to, że oto w rodzinie pojawiła się odważna, silna i stabilna osoba, która wie, czego chce, nie boi się poznawać wszystkiego od nowa. Bali się o mnie na początku, wypytywali, jak się czuję w Rosji, czy się nie nudzę, czy nie boję się wychodzić sama. Z czasem coraz lepiej odpowiadałam im na pytania, sama zaczynałam rozmowy na różne tematy, by po kilku miesiącach usłyszeć, że mój rosyjski, kiedyś tak ciężko wchodzący do głowy, rozwinął się w szalonym tempie. Żeby coś osiągnąć, trzeba po pierwsze tego chcieć.

Kiedy rozmawiam z przypadkowo poznanymi ludźmi, to pierwsza reakcja na wieść, że jestem Polką, to zdziwienie, autentyczne zdziwienie. Rosjanie są przyzwyczajeni do imigrantów, ale nie z tej strony mapy, Polska to dla nich Zachód, więc domyślam się, że podobne wrażenie wywarłaby informacja, że jestem Amerykanką, Niemką, Francuzką. Więc po pierwsze dziwią się, że nie jestem z Mołdawii, Łotwy, Białorusi, Ukrainy… bo na mieszkankę Armenii, Gruzji czy Kazachstanu nie wyglądam. Zaraz po tym pada pytanie – dlaczego? Moi rozmówcy nie rozumieją, dlaczego ktoś z Zachodu, z „Jewrosojuza”, emigruje do Rosji, bo oni wierzą w to, że to właśnie tam – na Zachodzie – jest lepiej. To w tamtym kierunku się emigruje. Dziwią się bardzo na wieść o tym, że w Polsce ciężko znaleźć pracę. A potem się zaczyna to, co lubię najbardziej: wyszukiwanie powiązań między sobą a Polską. A to że handlowało się w Polsce kiedyś owocami, tu historyjka pani z warzywniaka o tym, jak przywiozła kiwi do Polski, a Polacy jedli je razem ze skórką i mówili, że niedobre; to ktoś miał dziewczynę w Polsce, ale kontakt się urwał; to ktoś chciał do Polski pojechać, ale się nie udało; to ktoś ma w domu meble z Polski i tak dalej, zawsze coś nowego, niektórzy dorzucają jeszcze parę polskich słów (czasem tak przekształconych, że nie rozumiem i sytuacja jest trochę niezręczna) na poparcie swoich powiązań z moim krajem.

Nasz sąsiad na daczy upodobał sobie mojego kota. Nazywa go Polakiem. Najpierw bardzo nalegał, żeby go pokazać, potem obserwował go ze swojego ogrodu. Sąsiad słynie z głupich żartów, za każdym razem pyta się, czy Polak nauczył się już ruskiego, żeby z nim pogadać. Mój kot ma tendencję do przepadania na kilka godzin gdzieś na odległych daczach, więc dość często go nawołujemy, przy uciesze sąsiada, który pyta się, czy Polak znowu się zgubił. W ogóle historia kota, który razem ze mną emigrował do Rosji, robi większe wrażenie niż moja… A imię Bubcuś ma już niezliczoną liczbę wersji bardziej dostosowanych do rosyjskiego aparatu mowy. Moja ulubiona to Buc.

Kiedyś gdzieś czytałam, że być cudzoziemką w Rosji jest fajnie. Ludzie są dla ciebie mili, a ty jesteś ewenementem w towarzystwie, każdy się tobą interesuje, to na tobie skupia się największa uwaga. Na razie potwierdzam słuchy o tym, że ludzie na prawdę są mili, kiedy słyszą, że rozmawiasz w innym (nie wschodnim) języku, to patrzą z zaciekawieniem, uśmiechają się, traktują cię lepiej niż innych. Starają pokazać się z lepszej strony, bardziej się przykładają do tego, co robią – chodzi mi głównie o sferę usługowo-handlową. Fryzjerki lepiej układają ci włosy, kasjerzy są milsi, doradcy bardziej profesjonalni. Będąc cudzoziemką z „Zachodu”, czuję się faworyzowana.

Dlaczego wspomniałam o wschodnim języku – bo w Moskwie przybyszy ze Wschodu jest mnóstwo, łatwo ich poznać właśnie po języku i wyglądzie, nie robią pozytywnego wrażenia na Rosjanach, choć jakichś szczególnych aktów nietolerancji na tle narodowościowym nie odnotowałam… oprócz jednego. Rosjanie nie lubią wynajmować mieszkań imigrantom ze Wschodu. W wielu ogłoszeniach widnieje info, czasem pogrubione i wyróżnione na czerwono, że oferta jest tylko dla obywateli Rosji (wersja ekstremalna) lub mniej rygorystyczna – tylko dla Słowian. Do wschodnich imigrantów Rosjanie są przyzwyczajeni, to naturalny element moskiewskiego i podmoskiewskiego krajobrazu, a zachodni są dla nich w dalszym ciągu rzadkością, dlatego też ich ciekawią. Ludzie z Zachodu nie ciągną masowo do pracy w Moskwie, ale jest ich sporo. Także wielu Polaków ma tutaj swoje firmy, bardzo dobrze się rozwijające, jest kilka polskich instytucji, w których też pracują Polacy. Ale trzymać się będę tego, że Polka/Polak w Rosji to jednak rzadkość.

Przypomniała mi się pewna lekarka, o nietypowej urodzie, która też ciekawa była mojej narodowości, po czym zaczęło się to, o czym już pisałam. Okazało się, że ma w Polsce rodzinę i w ogóle często tam bywa, a należy do mniejszości karaimskiej. Nie muszę dodawać, że była dla mnie bardzo miła i nawet całkiem bezpłatnie udzieliła mi porady lekarskiej (to nie była moja wizyta), wypisała zalecenia i użyczyła pewnego specyfiku, co w prywatnych klinikach rzadko się zdarza.

Mija ósmy miesiąc od mojej przeprowadzki do Rosji. W porównaniu do innych imigrantów, nie tylko moskiewskich, to mało, ale wystarczająco, żeby już opisać, jak odbierają mnie tutaj jako przyjezdną. Jak na razie bardzo pozytywnie, ze zdziwieniem i sympatią, szacunkiem. Mam nadzieję, że tak już zostanie, i po latach będę mogła powtórzyć swoje słowa – czuję się tutaj dobrze, to była dobra decyzja.

Zdjęcia: własne

Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 17

Unikalne wyświetlenia strony: 16


0/50 ocen

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj