Chiński Nowy Rok cz.2

0

mao

Wszystkie domy we wsi włącznie z tym, w którym się zatrzymaliśmy były ogromne i z zewnątrz wystawne. Dookoła mozaika pól ryżowych, tarasów i małych kwadratowych posiadłości. W środku budynków esencja minimalizmu ograniczona do gołego betonu, latarki i paleniska na bitej ziemi.

Obudziły mnie echa biegających gdzieś dzieciaków. Drzwi nie miały zamków ani klamek, więc na dzień dobry wpadł do środka jakiś siedmiolatek. Zalśnił śliską kozą pod nosem i zaczął grzebać w betach z nastawieniem na znalezienie laptopa, lub jakiejkolwiek innej elektroniki.

Kiedy wstałem wzdrygnął mną ziąb uwięziony w gołych ścianach ochlapanych zaprawą. Na dole czekało już śniadanie- kurczak, którego pewnie gdzieś wciągnęło w wentylator. Wszystkie możliwe części: udko, głowa, mózg na talerzu. Podziobałem coś jak francuski pudel z nadzieją, że najem się później. A później zaczęło się chodzenie po domach. Co chata to ktoś podstawiał mi taborecik i usadzał mnie pod bramą. Pogubiłem się szybko w tym kto jest kto w skomplikowanej rodzinie mojej dziewczyny.

W centrum wioski widok jak w rzeźni. Masowa zagłada świń i kóz, a ich poprzekrawane w pół korpusy dyndały wszędzie szturchane i okrajane przez tłum. Kaczki i kury w wiklinowych koszach i klatkach nadawały mi sygnały SOS. A ja sam w szoku i równie dobrze mógłbym prosić je o SOS.

Następnie były odwiedziny u babci mojej dziewczyny. Żywotna i ruchliwa staruszka wpychała mi w usta mięsne „smakołyki”, słodycze, nasiona i podlała to dwoma miskami wódki ryżowej własnej roboty. Kiedy w żołądku włączyła mi się betoniarka, uciekłem. Ledwo dotarłem do swojej pustelni, gdy padłem na łóżko kuląc się z bólu.

„Otruli mnie”- pojawiła się pierwsza myśl.

Zasypiałem i budziłem się na zmianę, przewijały się różne twarze, ktoś usiłował wcisnąć we mnie więcej ryżu, więcej mandarynek. W głowie zacząłem układać plan ucieczki. Przezornie w plecaku miałem surviwalowy niezbędnik, w ubikacji widziałem okno na pola ryżowe… Plan zamienił się w sen…

Obudziła mnie dziewczyna i wyciągnęła ledwo ciepłego do domu obok, gdzie kuzynostwo obłóczone w kurtki grało na pieniądze w mahjong. Przegrałem kilka rundek, bo cały czas głowiłem się tyko czy my siedzimy w garażu, czy w dużym pokoju. Na ścianie wisiał wspaniały plakat jakiś generałów galopujących na rumakach pośród kwiatów. Z boku stał trzykołowy motor. To był chyba garaż, ale to w takich właśnie pomieszczeniach odbywa się całe życie towarzyskie i prywatne.

Uciekłem do innej izby, gdzie kilka osób siedziało w ogromnej skrzynce z ułożonym na środku żarem w misce. Nakryci kołdrą udawali, że są w saunie- popularna lokalna rozrywka. Zziębnięty dołączyłem się, ale wciąż ciągnęło mi po plecach.

Usiłowałem przypomnieć sobie najgorsze warunki w jakich mieszkałem u ludzi: chlew u pasterzy kóz, cygańska mohala, obóz uchodźców, kontener UN… nie spodziewałem się jednak zobaczyć gorsze warunki. I to u osiadłych pracujących ludzi. Już nawet cyganie mieli wszystko obcykane i ciepełko choć w jednym pokoju. Nie mogłem uwierzyć swoim oczom.

Późno w nocy, cały przemarznięty nie chciałem już nic, jak tylko uciekać do łóżka. W ostatniej chwili udało mi się jednak znaleźć coś ciepłego w tych surowych izbach: uśmiech płynący z zawieszonego na ścianie ogromnego portretu Mao.


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 1

Unikalne wyświetlenia strony: 1


0/50 ocen

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj