Życie z koronawirusem w Niemczech cz. 2

0
Img 20200328 191941
Img 20200328 191941

Ostatnio ogłosiłam, że życie w czasach zarazy w Niemczech upływa nam w miarę słodko i wcale nie miałam na myśli tu cukierniczych wyrobów w kształcie papieru toaletowego, skoro już prawdziwego nie można dostać. Przedstawiona w poście „Życie z koronawirusem w Niemczech cz.1” rzeczywistość niekoniecznie zdaje się to moje twierdzenie potwierdzać. Zapraszam zatem dziś na spojrzenie na obecne wydarzenia z innej perspektywy niż tylko osoby, która się martwi, czym sobie tyłek podetrze.

Nie jestem na pierwszej linii frontu, więc nie mogę się wypowiedzieć jak obecny stan rzeczy przedstawia się z pozycji lekarza (niemniej tak rozpaczliwych głosów o braku odzieży ochronnej nie dochodzą nas z niemieckich mediów jak to ma miejsce w relacjach dotyczących Polski). Mogę co najwyżej przybliżyć życie w czasach epidemii w Niemczech z perspektywy zwykłego zjadacza chleba jako tako świadomego politycznie.

 

Jeśli czytaliście moje posty regularnie, to wielu z Was zauważyło, że niejednokrotnie byłam dość krytyczna w ocenie niemieckich realiów. Nie wynika to z faktu, że marudzenie jest jakimś moim hobby. Mam po prostu tę irytującą cechę, że jak już widzę jakiś problem społeczny, to muszę wsadzić w niego palec. Od dłuższego czasu jako temat kolejnego postu nasuwała mi się uporczywie analiza tutejszego systemu demokratycznego, w którym to Niemcy nie spełniają swoich własnych standardów. Jednym słowem znowu marudzenie i utyskiwanie, więc pomysł jego napisania odsuwałam ciągle w czasie. Aż przekornie mówiąc zdarzył się cud: epidemia. Po raz pierwszy poczułam, że żyję naprawdę w państwie demokratycznym. A nastąpiło to 22.03.2020, kiedy Angela Merkel ogłosiła listę obostrzeń dla mieszkańców Niemiec w związku panującą epidemią.

Do ostatniej czekaliśmy wszyscy w napięciu: „Ausgangssperre” (zakaz wychodzenia z domu), czy też nie. Widmo takiego obostrzenia wydawało nam się przerażające. Niewychodzenie z domu w konsekwencji własnej decyzji, czyni wielką różnicę w porównaniu do nakazu siedzenia w czterech ścianach jak w jakimś więzieniu. Zrozumienie tego było zawsze słabym punktem wszelkich reżimów. Jeśli czegoś komuś się zakazuje, to tym bardziej dana osoba cierpii psychicznie z powodu narzuconego mu obostrzenia i tym bardziej ją nęci, by jednak wyściubić nos poza postawiony jej mur. Ja, która od lat stawiałam w organizacji swojego życia na wolność dostawałam spazmów na samą wizję „Ausgangssperre”. Nawet Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż, który ma dla mnie tony zrozumienia powoli zaczął tracić cierpliwość na moje histeryczne wybuchy. Wizja zakazu wychodzenia z domu wisiała nad nami głównie dzięki młodym ludziom i części obcokrajowców ze swoją niezwykle „grupową mentalnością”. Pierwsze przemówienie matki narodu nie dało do końca oczekiwanych efektów. Mimo, że było niezwykle przemyślane, nie wszyscy jednak chyba je zrozumieli. Szczególnie dobrze było to widać po przemowach kolejnych głów państwa kopiujących retorykę kanclerz Niemiec. Najwidoczniej nie mają tak dobrych doradców jak moja druga połówka. Użyte przez Merkel porównanie do największego kryzysu od czasów II wojny światowej wzbudziło w pierwszej chwili i moją irytację. Już i tak dość paniki rozsiano wokół nowego patogenu, to po co wspierać ten trend jeszcze takimi patetycznymi słowami?! Dopiero Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż wyłożył mi, jak bardzo to stwierdzenie było wyważone. Merkel zwracała się do całego narodu: do Niemców na Wschodzie i Zachodzie. Ich ostatnim wspólnym ciężkim doświadczeniem była wojna. Potem przychodziły przeróżne, ciężkie kryzysy, ale wpisują się one w historię albo NRD, albo RFN. W obliczu nowego zagrożenia kanclerz Niemiec odwołała się do doświadczenia będącym wspólnym dla zjednoczonego narodu. Po prostu prosiła obywateli swojego kraju o solidarność. To, co po tej przemowie zaczęło się na arenie międzynarodowej, to bezmyślny konkurs na hasło wojenne 2020. Wróćmy jednak na podwórko niemieckie.

 

Mimo tego dość genialnego, jak ostatecznie muszę przyznać, przemówienia nie trafiło ono do wszystkich. Przede wszystkim do tych, którzy historię zamieszkiwanego przez nich kraju znają dość słabo: młodzieży i części obcokrajowców. Druga rzecz, że w pierwszej chwili ciężko było też wyjaśnić młodemu pokoleniu, które od lat dorasta w rzeczywistości z rozbuchaną aurą świętości wokół jednostki i jej życzeniami, bez wypracowanych pewnych zasad życia w kolektywie, że nagle musi pisać „ja” z małej litery i przystać na ograniczenie swojej wolności. Podczas gdy grupy wiekowe od ok. 35+ dostosowały się dość szybko do próśb matki narodu, to młodsi powołując się niejako na swój indywidualizm jej apel zignorowali. Pojawiło się zatem przerażające widmo „Ausgangssperre”.

 

Img 20200404 150215
Niemieckie miasta w czasach epidemii. Niby są ludzie, ale trzymamy się od siebie na dystans.

Podczas obrad nad wprowadzeniem nowych obostrzeń doszło do konfliktów i ostrej wymiany zdań między przedstawicielami poszczególnych krajów związkowych. Część chciała wprowadzenia tego zakazu, inni opowiadali się dodatkowo za wysokimi karami pieniężnymi za nieprzestrzeganie nowych regulacji. Równolegle toczyły się dyskusje, także w sferze publicznej, w jakim stopniu można ograniczyć swobody obywatelskie w państwie demokratycznym nawet w obliczu epidemiologicznego zagrożenia. Ostatecznie po huśtawce emocjonalnej postawiono dać obywatelom jeszcze jedną szansę na pójście po zdrowy rozsądek do głowy i tym razem nawet u indywidualistów zatrybiło. Zupełnie inaczej siedzi się w domu, kiedy mam poczucie, że w każdej chwili mogę z niego wyjść i nie zostanę zaraz wylegitymowana przez policjanta. Jednak to przede wszystkim śledzenie całej szarpaniny o pozostawienie obywatelom względnej swobody dało mi poczucie, że w Niemczech nawet będąc częścią masy państwo liczy się ze mną jako jednostką. Po raz pierwszy poczułam się tu naprawdę jak w domu i ostatecznie po pierwszej frustracji, że nie udało mi się przed 15.03 dojechać do Polski, cieszę się, że pozostałam w kraju, w którym pozostawiono mi moją wolność.

 

Po lutowych niżach i huraganach nakaz przebywania w domach podczas tak pięknej pogody wydaje się być barbarzyńskim przestępstwem, a trzeba tu dodać, że Niemcy to naród kochający naturę. Doceniliśmy ją jeszcze bardziej, gdy stała się jedynym możliwym miejscem spędzenia wolnego czasu. Korzystamy zatem z tego przywileju pełną piersią. Chodzimy na piknikowe śniadanka nad pobliskie jezioro, urządzamy sobie rowerowe wycieczki, spacerujemy, albo wygrzewamy się w słońcu na staromiejskim rynku. I jakoś to funkcjonuje. Choć na pierwszy rzut oka w niektórych miejscach zdaje się widzieć tłumy, to po paru sekundach łatwo się zorientować, że ludzie pilnują, by nie przekroczyć zasad dystansu społecznego. Pojedyńcze osoby, pary i rodziny mijają się szybko w odległości kilku metrów. Jogging i jazda na rowerze to dwie najpopularniejsze formy uprawiania sportu obecnie. Trzymamy się od siebie z dala, ale nie wariujemy. Bez jakiś chorych komunikatów z radiowozów rodem ze stanu wojennego, dronów na niebie, legitymowania babć idących z apteki i barykadowania wstępów do parków i lasów Niemcy w ciągu ok. dwóch tygodni dość mocno wyhamowali wirusa z poziomu 2.6 na 1 (liczba zarażonych osób przez zainfekowanego).

 

Na początku i w Polsce, i w Niemczech były problemy z dyscypliną, ale potem ludzie zaczęli się stosować, to czemu mają służyć te kolejne zakazy w naszym kraju? Chyba tylko dla wprowadzenia dramaturgii i pokazania bicepsów, jak to rząd troszczy się o społeczeństwo. Nasi zachodni sąsiedzi mimo o wiele wyższej liczby zainfekowanych pozostawili swoim mieszkańcom namiastkę normalności, co jest niezwykle istotne jeśli dba się o zdrowie i stan psychiczny swoich obywateli. Badania psychologiczne po epidemiach SARS i MERS w krajach azjatyckich wykazały, że zamknięcia na kwarantannę bardzo niekorzystnie odbijało się na psychice osób jej poddanych. Na podstawie otrzymanych rezultatów opracowano zalecenia, by zamknięcie ludzi w domach stosować tylko w przypadkach naprawdę koniecznych i na możliwie krótki czas. W Niemczech politycy zdają się o tym wiedzieć i spróbowali z jak największą korzyścią dla ogółu społeczeństwa wyważyć swoje decyzje. Mimo tego wprowadzone przez rządząych restrykcje znalazły się w ostrym ogniu krytyki niektórych grup społecznych. Artyści, w których zastój na rynku uderzył wyjątkowo mocno urządzili w Berlinie protest przeciwko niezgodnemu z konstytucją łamaniu swobód obywatelskich. To pierwszy temat jednej z wielu dyskusji społecznych jaka właśnie zaczyna się w Niemczech.

 

Dochodzące mnie wieści z Polski utwierdzają mnie w przekonaniu, że rządzący postanowili urządzić sobie cyrk, a społeczeństwo ma im zatańczyć na scenie jak tresowane zwierzęta. Osobiście nie chciałabym być traktowana w ten sposób i przykro mi, kiedy czytam co rusz to nowe wiadomości w polskich mediach o mandatach nienormalnej wysokości za samotny spacer, zakazach wejścia do lasu dla zmaltretowanych sytuacją ludzi, żeby mogli złapać na łonie natury równowagę psychiczną. To ostatnie obostrzenie ma służyć chyba tylko temu, by myśliwym nikt nie przeszkadzał w wybijaniu zwierzyny. Jednocześnie odpowiadam już na pytanie części z Was: tak, właśnie przeczytałam wyniki badań finskich naukowców, wg których mam szansę zarazić się po wejściu w „chmurę” po osobie zakażonej. Tylko jak wysokie jest ryzyko tego? Spójrzmy na statystyki z innej perspektywy niż to robią media, bo właśnie ono doprowadzi nas do niezwykle interesującego dyskursu, jaki właśnie rodzi się powoli w niemieckiej przestrzeni publicznej.

 

Na dzień 06.04.2020 u zachodniego sąsiada Polski stwierdzono 100123 potwierdzonych przypadków zainfekowania koronawirusem. (To są te liczby, na które część polskich znajomych reaguje zdaniem, od którego zaczęłam mojego poprzedniego posta). Jeśli pomnożyć tę liczbę przez pięć, to można założyć, że ok. 0,6% osób w Niemczech jest nosicielami nowego patogenu. (W Polsce liczby te wyglądają jeszcze lepiej. Pomnożona pięciokrotnie liczba 4413 zainfekowanych czyni ok. 0,054% całego społeczeństwa.) Biorąc pod uwagę, że 81% chorych przechodzi zakażenie koronawirusem łagodnie zaczynają się rodzić pytania dlaczego zatem ponad 99% społeczeństwa poddawana jest tak silnym restrykcjom, które właśnie łamią życiorysy setkom tysięcy ludzi? Formułując pytanie dokładniej: z jakiej racji w imię ratowania jednych poświęca się zdrowie, czasami może nawet życie, a na koniec egzystencje milionów drugich?

Img 20200404 142240
Na rowerku przez centrum Brunszwika, 04.04.2020

Doszliśmy do klasycznego dylematu filozoficznego, na który nie ma gotowej odpowiedzi. Już zdarzyło mi się wejść na te ścieżki na łamach mojego bloga. Zainteresowanych odsyłam do mojego posta: https://sbundowani.blogspot.com/2016/10/1-godnosc-czowieka-jest-nienaruszalna.html

 

Znamy już dobrze wykres ilustrujący rozwój epidemii w stosunku do możliwości służby zdrowia. To właśnie jej niedofinansowanie stanowi główną przyczynę obecnego stanu rzeczy. Lata oszczędzania na niej mszczą się teraz w wyjątkowo brutalny sposób w każdym państwie dotkniętym epidemią. Od lat zarządzano tym sektorem na poziomie możliwie najniższych wydatków. Także w Niemczech. Jeszcze w zeszłym roku różne reportaże poruszały problem minimalnej liczby pracowników medycznych zatrudnionych w tutejszej służbie zdrowia. Największy błąd nasz zachodni sąsiad popełnił jednak 7 lat temu, gdy Robert-Koch-Institut przygotował dla niemieckiego rządu ekspertyzę, z której wynikało, że kraj ten nie jest przygotowany na ewentualną epidemię. Niestety rząd zignorował zaproponowane mu zalecenia. Rozliczenie tego błędu to już kolejny temat czekający w kolejce do społecznej debaty na czas po epidemii. Niemieccy obywatele są bowiem obecnie wściekli, że jakoś zawsze znajdują się pieniądze na produkcję broni na eksport, ale na zainwestowanie w system ratujący życie już nie. Postępowanie, które kłóci się z oficjalnie głoszoną moralnością i humanitaryzmem przez naszego zachodniego sąsiada. Podobnie na odpowiedź czeka w kolejce pytanie, dlaczego rządy UE nie opracowały wspólnej strategii walki z ewentualną epidemią w Europie, przed którą eksperci WHO ostrzegali ich na początku tego roku? To zarzut pod adresem każdego rządu krajów członkowskich. W efekcie nicnieróbstwa siedzimy wszyscy w domach w Europie podzielonej znowu granicami, a wszystko po to, by spłaszczyć linię rozwoju epidemii.

Wykres.1
Wykres krzywej epidemii bez wprowadzenia jakichkolwiek obostrzeń (źródło: https://www.quarks.de/gesellschaft/wissenschaft/darum-ist-die-corona-pandemie-nicht-in-wenigen-wochen-vorbei/)

Problem w tym, że musielibyśmy tak siedzieć w domach co najmniej półtora roku, do wynalezienia szczepionki. Chyba, że pojawią się wcześniej leki wspomagające leczenie, tak by proces ten przyspieszyć.

 

Ciężko nieekspertowi połapać się w natłoku obecnych informacji i wyłuskać z niego te, które pozwalają spojrzeć na problem z możliwie najsensowniejszej strony. I to właśnie chyba fakt, iż żyjemy w społeczeństwie komunikacyjnym stanowi jedną z głównych przyczyn obecnego stanu zamrożenia. Od ponad miesiąca zadaję pytania w różnych kręgach, dlaczego nie zadbano o nas tak w 2009 podczas epidemii świńskiej grypy i nikt nie umiał mi udzielić konstruktywnej odpowiedzi. Przy okazji tych rozmów odkryłam, że byłam otoczona przez wirus A/H1N1. Nagle okazało się, że kilka osób z mojego otoczenia przeszło świńską grypę w czasie epidemii. Na marginesie mówiąc, kilka osób było już jedną nogą po tamtej stronie. Matka jednej ze znajomych umarła wówczas w wyniku infekcji nowym patogenem, a ja kręciłam się w przestrzeni publicznej, w której szalał nowy wirus. Nikt nas w domach wówczas nie zamykał. Funkcjonowaliśmy dość normalnie choć transmisja wirusa była ponoć tak wysoka, iż WHO w którymś momencie stwierdziła, że nie ma sensu liczyć kolejnych przypadków zachorowań. Liczby te są zatem nie do końca znane. W wywiadach z lekarzami z tamtego okresu wyczytałam, że śmiertelność tamtego wirusa dochodziła do 35%. Zatem jeśli nawet jego transmisyjność była niższa niż COVID-19, to i tak groziła nam wysoka liczba zgonów. Dlaczego zatem świat wówczas nie stanął tak jak teraz? Osobiście przychylam się do zdania głosów z niemieckich kręgów akademickich, że jednym z powodów może być dzisiejszy dostęp do informacji, jakiego nie mieliśmy jeszcze w 2009. Newsy, fake newsy, memy i inne porady dobrych cioć o piciu wody o temperaturze 26C rozchodzą się szybciej niż koronawirus. Chiny pozamykały swoich obywateli? Trochę głupio byłoby obrać inne metody. Demokracji nie przystoi, na koniec będzie się nazywało, że reżim bardziej dba o swoich obywateli niż nasz krąg kulturowy. Od rządu w końcu oczekuje się stosownych działań. Idzie się zatem tą samą ścieżką co poprzednicy. Do końca się nie da tego modelu skopiować 1:1, to wprowadza się go po małym dopasowaniu. Jeśli jest w tej teorii jakś racja, to nie koronawirus, a my sami położyliśmy świat jaki znamy na łopatki.

 

Czytając bowiem na forach komentarze części osób, dochodzę do wniosku, że zbieramy żniwo nieumiejętności czytania ze zrozumeniem, analizy aktów, statystyk i ogólnie korzystania z nowoczesnych mediów. Wywołana panika sparaliżowała nas wszystkich. Nie chcę twierdzić, że ja nie mam z tym problemów, wydaje mi się jednak, że wielu z nas błędnie patrzy na publikowane w mediach liczby. Poczynając od porównywania statystyk różnych krajów. Liczba 100123 w porównaniu do 4413 wygląda zatrważająco. Należy przy tym jednak pamiętać, że w Niemczech mamy 83 mln ludzi, a nie 38,5 mln i wykonuje się tutaj 500.000 testów tygodniowo, a nie ok, 42.000. istotna jest też sytuacja demograficzna. W Niemczech ludzie żyją przeciętnie o ok. 10 lat dłużej niż w Polsce, co odbija się na statystykach, skoro starsi stanowią jedną z głównych grup zagrożenia.

Wypowiedź Angeli Merkel o tym, że ok. 70% społeczeństwa się zarazi oceniam osobiście na tyle nieodpowiedzialną, jako że wpisała się w trend nakręcania paniki. Problem w tym, że ona podzieliła się tymi danymi ze społeczeństwem jako naukowiec, a przeciętny zjadacz chleba tego poziomu refleksji najzwyczajniej w świecie nie ma. 70% to wynik, jaki osiągnęlibyśmy, gdyby nie podjęto żadnych obostrzeń w zastopowaniu transmisji wirusa. Dane te bazują na przedłożonej kanclerz Niemiec ekspertyzie. Taki odsetek społeczeństwa musi się bowiem zarazić, aby osiągnąć odporność stadną. Daje to nam nowe spojrzenie na obecną sytuację. Wygląda, że obecny rząd w Polsce urządzając sobie z epidemii niejako kampanię wyborczą postawił na szafowanie liczbami. A im one niższe, tym lepiej to wygląda. Zwłaszcza dla naszego społeczeństwa, którego narodową fobią jest lęk przed wirusem jakiejkolwiek maści. (do tej naszej cechy odniosłam się z humorem w moim poprzednim poście: https://sbundowani.blogspot.com/2020/04/zycie-z-koronawirusem-w-niemczech-cz1.html).

 

Fakt, że polscy eksperci medyczni mieli też wywierać presję na rządzących, aby wprowadzili oni w miarę od początku możliwie restrykcyjne obostrzenia, by maksymalnie spłaszczyć linię rozwoju epidemii. Nie zamierzam tego pomysłu kwestionować, bo znają oni lepiej realia polskiej służby zdrowia niż ja. Daje to jednak sporo do myślenia, jak słaby musi być nas system, skoro Polska ten maraton koronawirusowy musi pokonać aż w tak wolnym tempie. Czy nie warto było jednak posłuchać postulatów lekarzy kilka lat temu niż okupywać nasze braki teraz aż tak wysoką ceną zawalenia się gospodarki? O czym się w Polsce jednak w ogóle nie mówi, to na jakim poziomie kształtowała się śmiertelność w poprzednich latach. Niebranie tej liczby pod uwagę stanowi zakłamywanie rzeczywistości. Jak zauważył jeden z głównych wirusologów Niemiec, Christian Drosten, w kraju tym rocznie umiera ok. 850.000 ludzi, a ich profil wiekowy odpowiada profilowi wiekowemu ofiar koronawirusa. Zakładając śmiertelność wirusa na poziomie 1%, bo o takiej zaczynają mówić już różni eksperci uwzględniając w obliczeniach przypadki niewykryte, zarazić musiałoby się ok. 56 mln osób, aby zastopować rozprzestrzenianie się koronawirusa, a liczba ofiar śmiertelnych wyniosłaby 560.000. Rzecz w tym, by rozłożyć ten proces na taki czas, by odsetek ofiar koronawirusa wpisał się w normalne statystyki śmiertelności. Jednym słowem, spora część tych ludzi umarłaby jeśli nie na koronawirusa, to na coś innego. Jak szokująco taka wypowiedź nie brzmi dla laików, to de facto obrazuje jeden z stałych elementów naszego życia. Istnieją na świecie wirusy, z którym przynajmniej raz w życiu prawie każdy człowiek się zetknie, jak to wyłuszczył nam szef izby lekarskiej Andreas Gassen. Z biologii zawsze byłam nogą, ale podejrzewam, że ogłosił nam fenomen niedotyczący tylko i wyłącznie Niemców. Jedziemy zatem wszyscy na jednym wozie, byle do szczepionki. Drosten nie sądzi, by takowa pojawiła się przed latem przyszłego roku. Podsumowując: zamiast nas trzymać jak szczury w klatkach, a potem wypuścić już na terenie państwa totalitarnego ze zrujnowaną egzystencją materialną, poszarpaną psychiką i brakiem jakiejkolwiek odporności stadnej, przygotowuje się nas psychicznie na scenariusz zarażenia , a służbę zdrowia do udzielenia nam w takiej sytuacji możliwie jak najlepszej pomocy. Oczywiście zawsze może zdarzyć się cud i naukowcy dokonają szybciej przełomu w badaniach nad lekarstwami, zwłaszcza, że wg niktórych informacji najnowszy koronawirus mutując staje się coraz słabszy. Wówczas Polska będzie wygrana pod względem liczby zachorowań na COVID-19, za to kompletnie przegrana pod względem ustroju politycznego i sytuacji gospodarczej, jeśli obecnej władzy uda się dopiąć utrzymania kompletnej władzy, co ich obenie bardziej zajmuje niż setki tysięcy złamanych życiorysów własnych obywateli. Może jednak się też przeliczyć ze swoją kalkulacją i przesunąć tylko wybuch epidemii na później. Byłoby to kolejną tragedią dla naszego kraju. Przy jednym z największych odsetków zakażonych wśród personelu medycznego w krajach UE wajcha łatwo nam może wypaść z rąk.

Wykres.3
Wykres ilustrujący przesunięcie wybuchu epidemii w czasie (źródło: https://www.quarks.de/gesellschaft/wissenschaft/darum-ist-die-corona-pandemie-nicht-in-wenigen-wochen-vorbei/)

Co zatem chce osiągnąć polski rząd przywołując do życia na ulicach polskich miast scenki rodem z filmu o krajach totalitarnych? Im dłuższy maraton na pokonanie tej epidemii państwo wybrało, tym bardziej powinno zapewnić swoim obywatelom równowagę psychiczną. Nie kwestionuję wprowadzanych w Polsce obostrzeń, ale robienie z nich przedstawienia. Obecne działania, mandaty wysokości 12.000 PLN temu nie służą. Służą zupełnie czemu innemu: ZASTRASZENIU. Z drugiej strony, gdzieś trzeba zbierać kasę na pomoc bankrutującym firmom… Zagraniczne media postawiły jednak tezę, czy to nie jest test, jak bardzo polskie społeczeństwo da się wcisnąć pod bucior obecnej władzy i wygląda, że duch oporu obumarł w nas wraz z rokiem 1989. Wygrał lęk przed wirusami wszelkiej maści. Wielce możliwe, że wielu z nas już przeszło zarażenie COVID-19. W Niemczech przeprowadzono dopiero co test w jednej gminie, gdzie poddano badaniom wszystkich jej mieszkańców. Okazało się, że 15% z nich ma już zakażenie za sobą, a ich stan zdrowia nie wywołał w nich nawet najmniejszych podejrzeń. Codziennie z nagłówków polskich wiadomości witają nas wytłuszczone cyfry nowowykrytach zakażeń. Szkoda, że równie wytłuszczonym drukiem nie podaje się liczby wyleczonych (w przypadku Niemiec to prawie połowa oficjalnych przypadków). Nie lekceważąc problemu nie demonizuje się go tutaj. Wszyscy są też świadomi, że po prostu trzeba się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości. Przyjdzie nam żyć jakoś z tym wirusem, a po epidemii miliony będą też musiały włożyć coś do garnka.

 

W Niemczech spodziewamy się poluzowania obecnych obostrzeń po 20.04. Tzn. zawody, które nie chodzą teraz do pracy wrócą do biur, przynajmniej ich część, mówi się o częściowym otwarciu szkół. Wielce możliwe, że tutejszy rząd zdecyduje się na model „huśtawki”, aby równolegle wypracowywać odporność stadną, nie pognębić całkowicie gospodarki (w końcu tj już napisałam coś trzeba po tej całej epidemii jeść) i jednocześnie dać służbie zdrowia w jej obecnym stanie jak najlepsze możliwości do ratowania kolejnych ciężkich przypadków. Jeśli faktycznie taki model zostanie wprowadzony oznacza to, że czekają nas miesiące przestoju jak teraz, gdy słupki zachorowań idą w dół i powrotu do codzienności, by słupki poszły w górę i tak w kółko.

Wykres.4
Jeden ze zbilansowanych modeli walki z nowym patogenem podczas epidemii (źródło: https://www.quarks.de/gesellschaft/wissenschaft/darum-ist-die-corona-pandemie-nicht-in-wenigen-wochen-vorbei/)

Odpowiedzią państwa na zarzuty poświęcania życiorysów jednych, by ratować drugich jest przynajmniej w sferze ekonomicznej wielka pomoc finansowa, która nawet w tutejszych realich jest bazuką. Od lat dyskutowano w Niemczech o tzw. „schwarzes Null”, czyli by wyprowadzić budżet z zera, na które nasi zachodni sąsiedzi w swoim budżecie wychodzili, i zasięgnąć dozwolonej pożyczki na dalsze rozdanie jej np. jako pomoc socjalna. W przeciwieństwie do obecnego rządu w Polsce uprawiającego w ostatnich latach radośnie politykę rozdawnictwa nie zdecydowano się na ten krok, za co wszyscy teraz błogosławią obecny rząd. Gdy naprawdę trzeba NIemcy mogły zadłużyć się na 195 mld EUR, by wrzucić pod respirator ekonomiczny mieszkańców swojego kraju. Malutkie firmy już teraz mają wypłacane zapomogi od 9000 EUR w zwyż. To nie wszystko. Zadbano finansowo o artystów, a nawet o organizacje użytku społecznego, tak jak nasze polsko-niemieckie stowarzyszenia rozumiejąc, że obecna sytuacja storpedowała część ich projektów. Oczywiście jestem świadoma tego, że Niemcy to o wiele bogatszy kraj niż Polska, ale zwłaszcza w tej sytuacji powinniśmy jako Polacy zadbać o praworządność w naszym kraju. W polskich mediach nie donosi się zbytnio o tym, że Turcja i Węgry już wykorzystały epidemię do ustanowienia dyktatur.

 

Polacy mają ostatni dzwonek, żeby zdecydować, czy chcą dalej siedzieć zastraszeni wirusem w domach i obudzić się kiedyś w dyktaturze, czy zawalczyć o wolny kraj, który w UE miałby szansę na szybsze stanięcie na nogi po obecnym kryzysie. UE przeznacza dla swoich krajów członkowskich 2,8 bilionów pomocy finansowej. Zapomnijcie, że coś z tego zobaczycie, jeśli dokona się u nas przewrót stanu, jaki obecny rząd prąc za wszelką cenę do wyborów prezydenckich planuje. Jakoś nie za bardzo wierzę, by PIS miał dobry pomysł i środki, jak samemu wygrzebać się z zapaści, w jaką wpadliśmy. Piszę w 1 os. l.mn., bo ciągle za moją ojczyznę postrzegam Polskę i jej los leży mi na sercu. Razem z Wami  też tracę obecnie pracę na polskim rynku pracy. Nie złamali nas naziści, nie złamali komuniści. Złamie nas brak racjonalizmu, jaki w obecnej sytuacji reprezentują Niemcy. Hejt przedstawicieli naszego społeczeństwa jaki widzę na forach i z jakim sama się spotkałam, jeśli już się podda w wątpliwość sensowność obecnych obostrzeń w Polsce (np. zakaz wyjścia na spacer do lasu, co tutejsi lekarze traktują jako wsparcie systemu odpornościowego) jest momentami porażający. Ten wielki lęk przed zarażeniem paraliżuje nasze społeczeństwo i robi z niego wręcz bezwolne kukły, a wygląda, że to nie kwestia „czy”, tylko „kiedy”. Nam wszystkim oczywiście życzę, by jednak skończyło się na „czy”, psychicznie nastawiam się na „kiedy”. Dla tych wszystkich, którym się cisną na usta: „Poczekaj głupia, jak zachorujesz”, odpowiadam: „Liczę się z tą myślą, bo racjonalnie podchodząc do tematu, w którymś momencie i mnie spotka koronawirus, czy to będąc w Polsce, czy w Niemczech. Jeśli miałabym powiększyć liczby zmarłych, to chciałabym zostawić po sobie przyszłym pokoleniom wolną Polskę.”

 

 

 

Img 20200405 192037
Pozdrowienia z kwarantanny narodowej w Niemczech. Wycieczka na obrzeże gór 05.04.2020

Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 68

Wszystkie wyświetlenia strony: 144

Unikalne wyświetlenia strony: 70


Poprzedni artykułŻycie z koronawirusem w Niemczech cz.1
Następny artykułJaja Faberge
Avatar
Mam na imię Katarzyna i choć z wykształcenia jestem w pierwszej linii germanistką, to znajomi za sprawą wszystkich moich pasji nazywają mnie "Kobietą Renesansu". W moim życiu zawodowym zajmuję się głównie promocją Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz integracją międzykulturową, która to działalność zaprowadziła mnie min. do Parlamentu Niemieckiego. Na swoim koncie mam też serię wystaw w galeriach niemieckich poświęconych naszemu kawałkowi Europy. Nie jestem typową emigrantką "za chlebem". Właściwie to zawsze chciałam żyć w Polsce. Dwa razy już mieszkałam w Niemczech i za każdym z tych razów próbowano mnie przekonać, bym tu została, ja jednak uparcie jak bumerang wracałam na łono ojczyzny. Jest jednak takie powiedzenie "do trzech razy sztuka", które w moim przypadku miało swoje przełożenie... a zadbał o to ze wszystkich sił Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż (ksywka ta stanowi uśmiech w stronę Ephraima Kishona, satyryka węgiersko-izraelskiego pochodzenia (urodzony jako Ferenc Hoffmann w 1924 na Węgrzech, „ponownie narodzony” w 1949 jako Ephraim Kishon w Izraelu który pisząc o swojej drugiej połówce używał określenia „Najcudowniejsza Ze Wszystkich Żon”) Bliżej mogliście nas poznać z serii artykułów w "Przyjaciółce":)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj