Jak się uczy w Bankoku

2
Szkoła w Bankoku, edukacja w tajlandii, tajska szkoła, tajski system nauczania

Kiedy kilka lat temu rozpoczęłam swoją tajską przygodę, wierzyłam w stereotyp cichych, posłusznych azjatyckich dzieci, które będą siedzieć w ławeczce, chłonąć wiedzę i przykładnie uczyć się angielskiego. Też macie taka wizję azjatyckich szkół? Wierzycie w grzeczne dziewczynki, które nie bałaganią? W rozrabiających chłopców, którzy nie wiedzą co to porządek? No cóż, to kompletna bzdura, życie to dość szybko to zweryfikowało. Dzieci są dziećmi i wszystkie lubią się bawić, biegać, nudzą się po minucie, a najlepszy sposób na naukę to odkrywanie świata w czasie zabawy. Trzymanie ich w ławkach, zmuszanie do pisania i powtarzania słówek nie ma żadnego pedagogicznego sensu i jest wbrew ich naturze. Dziewczynki potrafią być rozkapryszone i piskliwe, a chłopcy nieśmiali i zahukani. Rasa nie gra tu roli, a wręcz mam wrażenie, że Tajskie dzieci są głośniejsze i bardziej rozwydrzone niż jakiekolwiek inne , które miałam okazję uczyć. Mój szef twierdził, że dowiedziono naukowo, że Tajowie mają większą tolerancję na hałas i wysokie dźwięki. Nie wiem, czy to prawda, nigdzie nie spotkałam się z tą teorią, ale moje doświadczenie zdaje się ją potwierdzać.

Na początek kilka faktów. Po pierwsze, edukacja w Tajlandii nie jest obowiązkowa. Cała masa biedniejszych dzieci uczęszcza do szkoły tylko przez kilka pierwszych lat, a kiedy już są wystarczająco duże, żeby pomagać rodzicom, kończą swoją edukację przedwcześnie. To nie jest problem moich uczniów – pracuję w szkole prywatnej i wszystkie dzieci pochodzą z bogatych rodzin. Ich przyszłość jest bezpieczna i zapewniona, nie tyle dzięki wykształceniu co hierarchii społecznej i bogatej rodzinie.

Zobacz najnowsze wpisy Blogerów Ze Świata. Zapraszamy

Po drugie – kary fizyczne są w Tajlandii akceptowane. O ile my, zachodni nauczyciele nie możemy dotkąć dzieci, o tyle Tajscy nauczyciele i owszem, a moja nauczycielka jest dość skora do krzyczenia, walenia po plecach, strzelaniu linijką w stół i spuszczania lania. Szantaż, wyśmiewanie dzieci, udawanie, że dzwoni do rodziców, żeby naskarżyć na ucznia to jej dodatkowe ulubione metody i muszę powiedzieć, że widziałam rzeczy, których nie powinien widzieć nikt. Niestety, wiele rodziców akceptuje to zachowanie, oni sami przeszli przez podobną szkołę i nie widzą w tym nic złego i wręcz sami sugerują, żeby fizycznie karać niegrzeczne dzieci.

Po trzecie, edukacja w Tajlandii oparta jest na wynikach egzaminów i testów, które często i gęsto fałszuje się, żeby pokazać ile uczniów zdało egzaminy, dostało się do szkół, dostało idealny wynik. Cały system nauczenia nie jest oparty na tłumaczeniu, demonstracji, samodzielnym odkrywaniu a na uczeniu sie na pamięć i bezmyślnemu powtarzaniu. Egzaminy są wewnętrzne, nauczyciele piszą je sami, łatwo więc zdecydować co studenci muszą umieć i wykuć na pamięć, a im lepsze wyniki osiągają, tym lepsza opinia o nauczycielu. Za niezdanie egzaminu obwiniony jest nauczyciel, nie student, łatwo więc domyślic się, że wszyscy zdają, aby udowodnić, jak świetnym jest się pedagogiem.

Po czwarte – uczeń nasz pan. Tak, edukacja w szkole oparta jest na biznesie i interakcji „klient i dostawca usług”. Ja dostarczam usługę, którą jest fajna, wesoła i interesująca lekcja i jeśli uczeń jest szczęśliwy, rodzice są również szczęśliwi, chcą posyłać dzieci do szkoły i płacić czesne. Fajna nie oznacza skuteczna, wartościowa, edukująca – te kryteria są pomijane. Jest to chyba najbardziej widoczne w mojej sobotniej szkole, gdzie przez półtorej godziny powinnam uczyć jedynie fonetyki, jednego dźwięku tygodniowo, co brzmi nudno , więc nikt nie ma do mnie pretensji, że gram, śpiewam, koloruje i bawię się z dziećmi, tak długo jak długo są one szczęśliwe. Jest to wręcz propagowane.

Po piąte, w szkołach nie ma przerw. Zadziwiające, ale między jedną lekcją a drugą nie ma chwili na złapanie oddechu, dzieci zostają w swoich klasach i po skończeniu jednej lekcji odkładają j książki i biorą drugie, natychmiast zaczynają nowa lekcję. Moje przedszkolaki mają non stop lekcje, bez czasu na zabawę, bajki czy malowanie. A lekcji mają bez liku. Angielski, fonetyka, matematyka i przyroda ze mną, te same przedmioty plus cała masa dodatkowych z tajskimi nauczycielami, chiński. Nawet lekcje typu pływanie, balet czy piłka nożna kończą się egzaminami i zawsze zawierają element stresu. Zapomnijmy o Ala ma Asa, a As ma Alę, rysowniu szlaczków i rysunkach. Dryl zaczyna się dość wcześniej, już żłobek (bo mamy w szkole i żłobek) musi stać codziennie rano pół godziny na apelu, śpiewać hymn, stać bez ruchu i czcić króla. Rok później zaczną pierwsze lekcje po tajsku i angielsku.

Po szóste i dziesiąte – cały system uczenia oparty jest na niepopełnianiu błędów, o czym pisałam już w Utracie Twarzy. Studenci nie mogą przyznać się, że nie rozumieją, poprosić o powtórzenie, a nauczyciele w sekrecie poprawiają ich pomyłki. Powiedzenie „uczymy się na błędach” czy „praktyka czyni mistrza” kompletnie nie istnieją w tej kulturze. Trzeba zrozumieć od razu, po kilku słowach wyjaśnienia i liczyć na to, że uda się jakoś prześlizgnąć, że nie zostanie sie przyłapanym na niewiedzy. Trochę przypomina to polskie realia i wiele z moich lekcji, ale w zdecydowanie większym stopniu.

Dodajmy jeszcze, że dzieci wymagające szkół lub klas specjalnych są posyłane do normalnych szkół, gdzie liczy się na to, że będąc w zwykłej klasie, złapią jakoś tę wiedzę. Pół biedy jeśli mamy ucznia z ADHD czy dysleksją, choć niestety nikt nie będzie starał się zrozumieć ich problemów czy dostosować zajęć do ich potrzeb, ale zdarzają się poważne choroby i uczniowie, którzy nie powinni w ogóle chodzić na lekcje – ja sama uczyłam chłopca z syndromem Aspbergera, a więc odmiana autyzmu i kompletnie nie wiedziałam co robić, po prostu robiłam to, co podpowiadała mi intuicja.

I to, co drażni mnie najbardziej – zachowanie samych nauczycieli. Nie mają oni pokoju nauczycielskiego ani chwili przerwy, miejsca gdzie mogliby choć na chwilę odsapnąć i przysiąść, zamieniają więc klasę w miejsce spotkań towarzyskich. Rozmowy przez komórkę, popijanie kawki, otwieranie drzwi, żeby krzyknąć coś do nauczyciela siedzącego na końcu klasy, chwalenie się nowymi ciuchami lub próby sprzedania torebek, portfeli i innych pierdół odbywają się jawnie i często, kiedy ja próbuję wytłumaczyć coś przed tablicą. Niestety, jest to powszechnie akceptowane i oni nie rozumieją nawet, ze Ciebie szlag trafia albo, ze jest to jawny brak szacunku do innego nauczyciela, że widzą to dzieci, dla których normalne więc będzie podobne zachowanie. I jak ich tu za to winić? Za kilka lat, kiedy będą w starszych klasach i nie będą już małe, przestraszone i bezbronne, będą biegać po klasie, krzyczeć, dzwonić i grać w gry, doprowadzając falangów do białej gorączki. Nie pomoże nic. Krzyk spowoduje, że utraci się twarz, okaże gniew, a to już koniec jakiegokolwiek szacunku i można zapomnieć o efektywnym uczeniu.

Co dostaniemy, jeśli poskładamy tę łamigłówkę w całość? Przedziwny system, gdzie zrozumienie nie jest ważne, gdzie dzieci zamieniane są w bezmyślne maszynki do powtarzania rzeczy, których nie rozumieją, gdzie liczą się pozory. Udajemy, że znamy angielski, że każdy umie zrobić bezbłędnie każde zadanie, że każdy jest wspaniałym artystą, humanistą i ścisłowcem; baletnicą i sportowcem.

Zobacz najnowsze wpisy Blogerów Ze Świata. Zapraszamy

Niestety nie ma wielu alternatyw. Szkoły międzynarodowe są kosmicznie drogie i nigdy nie będzie mnie na nie stać; nigdy też nie dostanę w nich pracy, bo musiałabym mieć specjalne wykształcenie pedagogiczne i lata doświadczeń w szkołach angielskich czy amerykańskich. Są jeszcze te pseudo-międzynarodowe, które są po prostu tajskimi szkołami prywatnymi, samozwańczo pretendujących do miana międzynarodowych i niewiele różniące się od mojej szkoły…

 


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 2

Wszystkie wyświetlenia strony: 2

Unikalne wyświetlenia strony: 2


0/50 ocen

2 KOMENTARZE

  1. Bardzo ciekawy artykuł. Ja również zaliczałam się do grona ludzi wierzących w grzeczne azjatyckie dzieci, a tu taki klops! A scenki rodzajowe z życia szkolnego zapierają dech w piersiach. Powodzenia w pracy życzę:)

  2. Ciekawy i zaskakujący wpis. Drugi punkt, to przydałby się w Polsce. Uczniowie nie mają teraz szacunku do nauczycieli, jakby dostał jedno, drugie i trzecie lanie, to zaraz by wiedział jak zachowywać się w stosunku do nauczyciela :)
    Pozdrawiam!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj