Ameryka w rytmie swoich świąt

0

Rytm kalendarzowego roku w USA przypomina coraz głośniej i szybciej grającą pozytywkę.

Początek jest powolny i nieciekawy. Przez pierwsze pięć miesięcy niewiele się dzieje: jest parę pojedyńczych świąt jak Dzień Martina Luthera Kinga (Martin Luther King’s Day) czy Dzień Prezydenta (President’s Day), które nieliczni mają wolne. Jest ciemno i ponuro. Są przesłodzone krwistoczerwone Walentynki i traktowana po macoszemu pastelowa Wielkanoc, bez wolnego poniedziałku, charakteryzująca się wysypką czekoladowych jajek i zajęcy. Powietrze jednak powoli nabiera rześkiego, obiecującego zapachu wiosny.

Marazm kończy się pod koniec maja. Nadchodzi Dzień Pamięci (Memorial Day), który jest oficjalnym początkiem lata i oznacza trzydniowy weekend. Naród, podobnie jak przyroda, zaczyna się rozkręcać. Na światło dzienne wysypują się szorty i japonki, chłodziarki z piwem, pikniki. Potem koniec roku w szkołach i szumnie obchodzony Dzień Niepodległości (Independence Day) – 4 lipca. Znowu wolne, fajerwerki, fety i wycieczki. Potem życie przybiera radosną aurę sjesty, podróży, urlopów i atrakcji, pachnie trawą, słońcem i kremem przeciwsłonecznym.

Początek września to trzydniowy weekend z okazji Dnia Pracy (Labor Day), który także oznacza oficjalny koniec lata. Potem zaczyna się szkoła (przynajmniej w moim regionie, w wielu innych częściach Stanów Zjednoczonych szkoły zaczynają już w sierpniu). Teraz pozytywka się rozkręca i muzyka gra szybciej. Nadchodzi okres dożynek: dyń, jabłek, cydru i cynamonu. Otoczenie dominują pomarańcze, brązy i cynamonowa słodycz. Jest wolny dla niektórych Dzień Kolumba (Columbus Day), potem nadchodzi radośnie obchodzone Halloween z wymyślnymi dekoracjami, imprezami i wiadrami słodyczy, potem Dzień Weterana (Veteran’s Day), Dzień Wyborów (Election Day), które wiele osób też ma wolne. Zaczyna się ogólne podekscytowanie. W końcu nadchodzi Święto Dziękczynienia (Thanksgiving). Rodziny zjeżdżają się na wielki obiad z indykiem w roli głównej. Wtedy zaczyna się szał.

Ktoś podkręca niewidzialną sprężynę. Kolory zmieniają się nagle z brązów i pomarańczy w biel, błękit, zieleń i czerwień, a zapachy w miętę i świerk. Cynamon zostaje. Uszy penetruje niekończąca się muzyka świąteczna. Lud wpada w szał, na drogach robią się korki, a w centrach handlowych tłumy. Amok w oczach, co sekundę ktoś przeciąga kartę kredytową przez czytnik, tacha niezliczone toboły do samochodu. Zaczyna się okres imprez świątecznych znanych jako Christmas Party, a dla poprawnych politycznie, Holiday Party. Pracowych i prywatnych. Feta za fetą, przestają dopinać się spodnie, chudną portfele. W końcu nadchodzi Boże Narodzenie. W pierwszy i jedyny dzień świąt, o świcie, wszystkie pakunki zostaną niecierpliwie odarte ze swoich pięknych opakowań. Euforia i ekscytacja, kolejne wspólne posiłki, a w chwilę później zmęczenie i powrót do pracy. Jeszcze jeden ostatni poddryg: sylwester. Jeszcze jedeń dzień wolny: Nowy Rok. Kurtyna opada, pozytywka przestaje grać.

Uczestnicy niechętnie wracają do nowego rytmu życia aby zacząć cały cykl od nowa. Poirytowany tłum wystaje w kilometrowych kolejkach do wymiany nietrafionych prezentów. Jest ciemno i zimno, szaro i brzydko, poranki spędzane na ubieraniu się na cebulkę i skrobaniu szyb samochodu. Sól na drogach. Nic się nie chce, poświąteczna ospałość, dodatkowe kilogramy, sucha skóra, głód do utraconej ekscytacji. Nie ma już na co czekać, bo nic się nie wydarzy przez następne miesiące, żadnych imprez ani dni wolnego. Stan określany jako cabin fever, czyli gorączka i wiercipięctwo spowodowane spędzaniem większości czasu w czterech ścianach zamiast na świeżym powietrzu. Ten pierwszy kwartał roku jest najgorszy.


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 1

Wszystkie wyświetlenia strony: 1

Unikalne wyświetlenia strony: 1


0/50 ocen

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj