Mydło „made by me”, czyli idę do szkoły w Niemczech cz.1

2

W Polsce zaczął się „sezon maturalny”. W Niemczech trwa on już od początku kwietnia i z tej okazji postanowiłam pochylić się dziś nad systemem edukacji w naszych krajach. Nie opiszę Wam jednak niemieckiej szkoły z punktu widzenia rodzica, tylko osoby z  fakultetem metodycznym i pedagogicznym, która ma możliwość podejrzenia niemieckiej szkoły od kuchni.

Temat jest dla mnie o tyle ciekawy, jako że z całego serca wierzę, iż dobre wykształcenie to przyszłość narodu. Oczywiście będąc sama uczennicą nie miałam jeszcze tak górnolotnego podejścia do pobieranego wykształcenia. Ja i moi koledzy nasłuchaliśmy się wprawdzie dostatecznie sporo, że stanowimy sól tej ziemii, że szkoła to przepustka do „lepszego życia” itp., my jednak kojarzyliśmy ją głównie z jażmem nas uciśnionych. Jak przedstawiciele każdej kolejnej generacji i ja biadoliłam, narzekałam i  byłam za zmianą systemu edukacji (nie znając porządnie proponowanych rozwiązań, ani związanych z nimi konsekwencji, ale byłam za). Dziś, po latach, gdy w toku lat poza polskim podwórkiem skonfrontowana zostałam jeszcze z niemieckim i amerykańskim systemem nauczania, oraz miałam okazję przyjrzenia się z boku brytyjskiemu systemowi edukacyjnemu widzę, że naszym głównym polskim problemem w dyskusjach o kształceniu jest nieumiejętność oddzielenia ziarna od  plew. Powtarza się wprawdzie w kółko, że potrzebujemy więcej praktyki, a mniej wiedzy encyklopedycznej, ale gdzie, w jakiej formie, co warto zostawić ze starego systemu, a co nowego wprowadzić, to mam wrażenie nie zostało oddane sensownym badaniom. Ale po kolei.

Znienawidzonym przeze mnie przedmiotem nr 1 w szkole była biologia. Przed każdą lekcją dostawałam bólów brzucha i nudności. W liceum miałam to szczęście, że w klasie mieliśmy Jasia. Jaś był duży i postawny. Siadałam  zatem na lekcjach biologii za nim i zwijałam się w niewidoczną dla nauczycielki kulkę. Pod ławką wyciągałam ksiażkę i czytałam powieści, żeby się odciąć od obrzydliwych rozmów o jakiś obleśnych robalach i pasożytach, które mi się potem tylko po nocach śniły. Właśnie to czyniło dla mnie biologię tak nieznośną. Zamiast zacząć program od nauki czegoś nam bliskiego i przydatnego w życiu codziennym – np. tak o człowieku, to nie, trzeba było chronologicznie. Rośliny, pantofelki i inne cudaki. To było jeszcze nawet do przeżycia, ale te wszystkie robale!!! A co mnie obchodzi, że pochwa tasiemca ma 5 mm?!!! Tyle mi się uchowało w głowie z tych wszystkich koszmarnych lekcji, że jest mejoza i mitoza, pantofelek jest istotą jednokomórkową, a rośliny odżywiają się dzięki procesowi fotosyntezy. Na siedem lat nauki biologii to wyniki dość marne. Za to aby pokazać, gdzie leży np. taka śledziona, to muszę sprawdzać atlas anatomiczny, bo nie mam pojęcia.

Drugim niezbyt lubianym przeze mnie przedmiotem była chemia. Chemia nie stanowiła dla mnie problemu ze względu na swoją obleśność, była po prostu stosunkowo nudna z tym swoim kuciem reakcji chemicznych. Nie mogę przypomnieć sobie ani jednego eksperymentu przeprowadzonego na lekcji. Fakt, że i szkoła nie była odpowiednio wyposażona. Nie mieliśmy czegoś w rodzaju laboratorium, miejsca, gdzie można by podgrzać poszczególne chemikalia, nie wspominając o samych naczyniach. Rozwiązywaliśmy zatem w kółko reakcje chemiczne w zeszytach. Pocieszałam się, że w przyszłości nie będę ich wprawdzie pamiętać, ale przynajmniej uczę się logicznego myślenia. Teraz, po latach trafiła mi się okazja, aby poznać chemię z innej strony.

Pewnego dnia zgadałam się ze znajomym chemikiem, że on na swoich zajęciach pokazuje uczniom, jak wyprodukować mydło. Westchnęłam z żalem, że ja takiej chemii nie miałam i zaraz wybuchnęłam w euforii, jakie to fascynujące mieć takie zajęcia. „Niestety uczniowie nie potrafią tego docenić.” odrzekł tylko, a ja spytałam się, czy mogłabym kiedyś przyjść jako obserwator na jego lekcję. Jego propozycja abyła jeszcze lepsza. Lekcja VIP tylko dla mnie w któryś weekend. I tak oto po 15 latach od zdania matury wróciłam do ławy szkolnej.

Lekcja chemii

Już zaplecze szkolne mnie poraziło swoim wyposażeniem: po prostu małe, ale dość profesjonalne laboratorium.

Także poszczególne ławki uczniowskie mają sprzęt umożliwiający przeprowadzanie różnych reakcji chemicznych.

Muszę w tym miejscu jednak szczerze zaznaczyć, że liceum, do którego ja trafiłam na swoją lekcję chemii było przed 10 laty najnowocześniejszą szkołą w całej Saksonii Dolnej. Nie każdy przybytek edukacji w Niemczech jest aż tak świetnie wyposażony. Także mój znajomy chemik przyznał, że mimo wielu mankamentów systemu szkolnictwa w Saksonii Dolnej (bo każdy land w Niemczech ma swoja własną politykę edukacyjną), które doprowadzają go do szewskiej pasji, zdecydował się dalej tu pracować właśnie ze względu na możliwości, jakie szkoła przed nim otwiera. Nie trapi go brak sprzętu, czy substancji. Zakup potrzebnych materiałów zgłaszany jest szkole, która dalej troszczy się o ich obecność w pracowni chemicznej.

Zaglądamy w takim razie do szafek i bierzemy potrzebne nam rzeczy do naszej dzisiejszej lekcji chemii:)

Zaczynamy od produkcji mydła. Potrzebne będą wyszczególnione poniżej rzeczy.

Nie myślałam, że produkcja mydła, to tak prosta sprawa! Łączymy obydwie substancje z listy, podgrzewamy

 i vuoala! Oto moje pierwsze mydło „made by me”:)

No dobrze, za pięknie to ono nie wygląda, bo już byłam zbyt leniwa, żeby się bawić w jego formowanie. Niemniej strasznie się cieszę, że się nauczyłam je robić, jako że mam niezwykle delikatną skórę, która na te wszystkie niezwykle ładne, ale napakowane kupą chemii mydła nie najlepiej reaguje. Od lat najchętniej używam Białego Jelenia i podczas każdego pobytu w Polsce robię sobie jego duże zapasy. Zawsze z obawą, że zgromadzone produkty zużyję mimo wszystko szybciej przed przewidywanym kolejnym przyjazdem do Polski.  Teraz mogę już spać spokojnie, bo w najgorszym wypadku mydło potrafię sobie zrobić sama:)

Po wyprodukowaniu mydła zajęliśmy się produkcją nici poliestrowej.

Oto wersja chemii, jaką poznałam w polskiej szkole:

A to chemia, jaką w miałam przyjemność doświadczyć w Niemczech:

Na koniec dmuchaliśmy jeszcze szkło:)

Ptaszek – moja produkcja:) Chyba jeszcze muszę trochę poćwiczyć

Co jeszcze robią dzieciaki na lekcji chemii w Niemczech? Piątoklasiści hodują np. kryształy.

Potrzebowałam 15 lat od skończenia szkoły, żeby zmienić opinię o chemii:)

Lekcja biologii

Podobnie jak na zajęciach z chemii, także na biologii jest sporo zajęć praktycznych. Poza tradycyjnym rozcinaniem żaby, uczniowie np. ucząc się o budowie narządu wzrokowego kroją min. oczy woła. Moja awersja do tego przedmiotu jest tak głęboka, że mimo możliwości odbycia także VIP-owskiej lekcji biologii zrezygnowałam z tej atrakcji. Niemniej za niezwykle fajną inicjatywę uważam Ogród Ekologiczny, jaki zaprezentowano mi w szkole wyższej IGS (inna forma szkoły aniżeli liceum) w Peine. Ogród ten to swoistego rodzaju mini Zoo, gdzie uczniowie troszczą się o poszczególne zwierzęta, obserwują ich rozwuj oraz prowadzą badania. Ja byłam pod

niesamowitym wrażeniem, gdy dowiedziałam się, że szkoła ta w ramach projektu nauki o nerwach i ich odbudowie współpracuje z instytutem badań nad medycyną w Braunszweigu. W ogrodzie ekologicznym istnieje bowiem mała farma pająków, od których uczniowie codziennie pobierają produkowane przez nie nici. Te są dalej przekazywane instytutowi, gdzie uczniowie mogą zapoznać się z badaniami nad rekonstrukcją nerwów przy pomocy nici pajęczych. Po takich wow-informacjach przemogłam się i obejrzałam sobie dokładniej ową sławetną farmę pająków.

 Lekcja matematyki

Wydawać by się mogło, że skoro takie przedmioty jak chemia i biologia całkiem fajnie funkcjonują, to podobnie rzecz powinna się mieć z matematyką. Z jednej strony wyposażenie szkół umożliwia przeprowadzenie matematyki w ciekawszej formie. Prezentacje trójwymiarowych wizualizacji, czy ruchomych wykresów to praktycznie standard, a jednak mimo tego  (jeśli wyłączyć takie szkoły jak Liceum Siemensa w Magdeburgu, którego uczniowie mają niesamowite sukcesy w dziedzinie fizyki, matematyki, czy robotyki na arenie międzynarodowej) coś z matematyką zdaje się nie funkcjonować. Poziom tego przedmiotu zdaje się być w ostatecznym rozrachunku stosunkowo niski. Wiele tematów jest wprowadzanych później niż w ramach polskiego systemu nauczania. Nie wiem, jak to obecnie wygląda w Polsce, ale uczniowie na lekcji matematyki w Saksonii Dolnej praktycznie nie rozstają się z kalkulatorem. O efekty nie trzeba się długo prosić. Przez ponad trzy  lata naszej bytności w tym regionie Niemiec połowa otrzymanych przez nas rachunków była sumą czegoś, ale nie rzeczy zamówionych/kupionych przez nas.  Nie przesadzam. Problem dotyczy szczególnie sytuacji, gdy obsługująca osoba musi podliczyć zamówienie na kartce. Ostatnio za kawę i lody przyszło mi zapłacić 10,30 EUR, podczas gdy od mojego przyjaciela za dokladnie taki sam zestaw zażądano 11,70 EUR… A jeszcze dziwniejsze było to, że kelnerka się nie skapnęła, że każdemu z nas wyliczyła inną kwotę… Kiedy w takich sytuacjcach zadaję pytanie: „Czy jest Pani pewna?” obsługująca mnie osoba dochodzi często po kontrolnym obliczeniu do nowego wyniku, wyniku niejednokrotnie nadal nie mającego nic wspólnego z rzeczywistością…

I żeby nie było, że wymyślam, to zaczęliśmy kolekcjonować rachunki:

Lekcja  historii

Poziom nauczania na lekcji historii poraża. Oczywiście da się zauważyć pewne różnice między poszczególnymi landami, ale po latach obserwacji i konfrontacji na uniwersytecie, a teraz i w szkole, a także w życiu codziennym, mam fatalne zdanie o tym, jak nauczany jest ten przedmiot. Uczniowie klasy maturalnej często nie znają podstawowych dat. Wychodzą niejednokrotnie ze szkoły z mierną wiedzą o własnym kraju, nie wspominając już o innych państwach. Poprosiłam raz kilku znajomych nauczycieli z różnych szkół, w różnych landach by zrobili ze swoimi uczniami test z ogólnej wiedzy historycznej XX i XXI w. W sumie test został przeprowadzony na grupie 189 uczniów. Czytając odpowiedzi nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać. 63% uczniów klas 11 i 12 nie wiedziało, kiedy zbudowano mur berliński, 59% nie była świadoma, że Niemcy mieli kolonie, ok. 70% nie była w stanie podać okresu trwania II wojny światowej! O wojnie na Bałkanach pod koniec XX w. mało kto miał pojęcie. Na przykładowe pytanie: „Kto rozpoczął proces destalinizacji?” znalazły się odpowiedzi „Stalin”… W takich chwilach ręce opadają, bo to już nie tylko brak wiedzy wychodzi, ale i nieumiejętność logicznego myślenia. A na koniec wisienka na torcie: na pytanie „Kto po II wojnie światowej przyczynił się do zbliżenia ze Wschodem Europy?” otrzymałam nawet odpowiedź „Hitler”. Nie dziwią mnie zatem teraz „kwiatki”, jak student III roku historii na uniwersytecie w Magdeburgu, którego miałam okazję spotakć jeszcze w czasie moich studiów na seminarium historycznym dot. reżimu nazistowskiego. Pewnego razu na zajęciach usłyszałam z jego ust, że (cytat) „Polacy cieszyli się, gdy naziści zabierali ludzi do obozów koncentracyjnych, bo wiedzieli, że idą tam przestępcy i źli ludzie.” Co ten człowiek robił przez poprzednie lata na studiach? – ciśnie się na usta.

I nie czujmi się teraz lepsi, bo my niestety w Polsce od kilku ładnych lat też zmierzamy w tą stronę, by tak uczyć się historii, by ją zapomnieć.

Język obcy

Podczas, gdy Polacy często się chełpią, jak to znają taki j. angielski, to w praktyce okazuje się potem, że ich umiejętności kończą się niejednokrotnie na stwierdzeniu. „yes, I speak English. A little.” Niemcy często władają stosunkowo dobrze angielskim. Uczą się także francuskiego i hiszpańskiego. Na podstawie moich obserwacji mam wrażenie, że w niemieckiej szkole kładzie się spory nacisk na praktyczne zastosowanie języka. Stąd uczniowie podejmują często wspólnie przedwsięwzięcia, jak wystawienie dla szkoły spektaklu w języku obcym, wycieczek do stosownych krajów, wymian międzynarodowych, czy też po prostu angielskich/francuskich/itd. śniadań.

 Lekcja niemieckiego

Na ostatnią lekcję  w naszym planie zajęć wybrałam lekcję niemieckiego.  I tu znowu bajery, jakie w niektórych z niemieckich szkołach nauczyciele mają do dyspozycji zapierają dech w piersiach. Obok tradycyjnych tablic sale lekcyjne są wyposażone w smartboardy połączone z internetem, tak że w każdej chwili można podczas lekcji przeprowadzić wizualizację, wyświetlić tekst, czy skorzystać z opublikowanych w sieci materiałów. Chcąc umówić błędy stylistyczne, językowe w oddawanych wypracowaniach, czy też analizując jakiś tekst, nauczyciel może skorzystać z kamery do dokumentów, co z tego, jeśli najpierw w podstawówce nie uczy się dzieci porządnie pisać, a potem czytać?

 

Podstawówka trwa w Niemczech 4 lata. Potem dzieci idą do szkoły wyższej. Znam kilka Polek, matek zachwyconych, jaka to fajna ta niemiecka szkoła – dzieci uczą się poprzez zabawę! Ja z kolei za sprawą moich kolegów nauczycieli mogę obserwować to od drugiej strony – do piątej klasy  przychodzi cała masa „przedszkolaków”, które piszą „ze słuchu”, niezgodnie z zasadami pisowni, bo tak im pozwolono w podstawówce. I tak pierwszym zadaniem na lekcji niemieckiego w szkole wyższej staje się niejednokrotnie konieczność nauczenia dzieciaki pisać! Niejednokrotnie jest to trudne zadanie, jako że łatwiej nauczyć kogoś czegoś nowego aniżeli wypleniać złe nawyki.

Nauczanie na poziomie przedszkolnym w pierwszych klasach szkoły podstawowej znajduje swoje odbicie na innych płaszczyznach. Podczas, gdy w Polsce piątoklasiści poznają mitologię grecką, to w Saksonii Dolnej dostają niejednokrotnie zadania na poziomie  naszej III klasy podstawowej. Polskie rozwiązanie uważam za bardzo fajne, jako że mity wciągają dzieci jak bajki, a przy okazji dostarczając im bazy do analizy wielu utworów literackich w przyszłości. No cóż, ale po co to niemieckiemu uczniowi, skoro w szkole prawie się nie czyta? A jeśli już jakaś lektura stoi w ramach programowych to tylko z literatury niemieckiej. „No przecież przedmiot nie nazywa się literatura światowa.” argumentuje wielu nauczycieli. Niby tak, ale przecież niejednokrotnie dzieła literackie powstawały w ramach konkretnego nurtu artystycznego, czy też jako odpowiedź na wydarzenia historyczne w innych krajach. Żeby lepiej zrozumieć rodzime dzieła trzeba się czasem pochylić nad utworami zagranicznymi. W Niemczech w tej kwestii hoduje się raczej ignorantów. Teraz w końcu rozumiem, dlaczego na studiach poznawałam Niemców studiujących do tego jeszcze germanistykę i nie znających „Cierpień młodego Wertera”, czy „Tristana i Izoldy”, nie wspominając już o takim Balzacu, czy Dostojewskim!

Przedstawiciele młodego pokolenia, którzy za czytaniem przepadają pewnie właśnie sobie myślą,. że to szkoła ich marzeń. Tylko po co chodzić do takiej szkoły? Liceum ma za zadanie wypuścić w świat ludzi z wiedzą ogólną, żeby mieli pojęcie na różne tematy, żeby w różnych sytuacjach się odnaleźli.
Ja nieznosiłam tej mojej znienawidzonej biologii, ale kiedy przyszło mi robić tłumaczenia w naszej Puszczy Białowieskiej na temat roślinności, różnych żyjątek i ich cyklach rozwoju, przynajmniej wiedziałam o czym mówię i nie dziwowałam się, jakbym zobaczyła cyrk na jednym kółku.
Literatura nie produkuje nowszych modeli komputerów, ani smartfonów, nie robi pomiarów ruchów tektonicznych, ale kształtuje myśl humanistyczną. Gdyby w przeszłości więcej ludzi wczytało się w dzieła niektórych autorów, to może uniknęlibyśmy niektórych wojen.  Chyba dobry powód, by się tym przedmiotem  mocniej zainteresować?
Kolejną rzeczą, która odróżnia lekcję języka ojczystego w Saksonii Dolnej od Polski są dyskusje. Podczas, gdy u nas się krytykuje system oświaty, że jest ich w szkole za mało, to w szkole niemieckiej jest ich stanowczo za dużo. Wytyczne programowe landu „Saksonia Dolna” odnośnie nauczania języka niemieckiego można by kolokwialnie tak opisać: „Nie ważne co uczeń wyniesie z lekcji, ważne żeby się wygadał, a nawet jeśli nagadał głupot ma mieć poczucie, że powiedział coś mądrego.”
Jestem jak najbardziej za kreatywnym myśleniem i próbą wyjścia poza schematy, ale nie twórzmy chorych systemów! Jak byłam w pierwszej klasie liceum to nasz nauczyciel polskiego faktycznie nie dopuszczał nas do głosu. Pierwsza klasa była poświęcona wyuczenia w nas umiejętności prowadzenia notatek jak na wykładach na uniwersytecie.  Można się kłócić, czy to było dobre, czy złe, jednak w starszych klasach niejednokrotnie część lekcji była poświęcona krótkiej dyskusji poświęconej temu, co my-uczniowie wyczytaliśmy w danym utworze tudzież jak my widzimy pewną problematykę. Niejednokrotnie poszliśmy w trochę nietypową stronę, ale było to dla nas dozwolone. Na koniec nauczyciel przedstwiał nam tzw. „oficjalnie przyjętą analizę”. Uważam taki kompromis za całkiem niezły. Są bowiem utwory, których przesłanie jest niezwykle jednoznaczne, niemniej opublikowany tekst pozostaje otwartym źródłem do czerpania w nim i jeśli ktoś doczyta się w nim czegoś dodatkowego, co umie też stosownie zanalizować i uzasadnić, to czemu nie?
Lekcje niemieckiego w Saksonii Dolnej wołają natomiast o pomstę do nieba. Każdy uczeń glindzi trzy po trzy, a jeśli nauczyciel stara się nałożyć w jakimś stopniu ramy, to jest oskarżany o zbyt dużą ingerencję. Jedną z klasówek, jaką uczniowie mają napisać w klasie ósmej to rozprawka linearna (czyli taka, w której przedstawiają tylko swoje zdanie za, albo przeciw). I tak liceum opuszczją ludzie, którzy nie umieją ani analizować, ani argumentować, a to co mówią/piszą odbywa się często na dość prymitywnym poziomie. Jako przykład  podam pracę, która do dziś mnie rozbawia do bólu brzucha. Analizując dość problematyczny utwór Ernsta Jüngersa „In Stahlgewittern”,  przez wielu odczytywany wyłącznie jako wychwalający wojnę, a jednak kryjący w sobie o wiele głębszą interpretację, uczennica klasy 11 z fragmentu walki zrobiła analizę życia psychicznego żab w wysokiej trawie, a to wszystko tylko na podstawie jednej informacji o rechocie żaby zasłyszanym w krótkiej chwili między wybuchami pocisków. Tak, wiem, i w polskiej szkole trafiają się tego typu rodzynki, niestety w wielu szkołach w Saksonii Dolnej to codzienność, a wyjątkami są ci uczniowie, którzy sensownie potrafią coś sklecić.
Wstęp do wywodu nt. „życia psychicznego żab”, jak ja to określiłam
Ktoś by rzekł, też wielka tragedia, czy naprawdę każdy musi znać kanon literatury światowej? Ano jest to tragedia. po pierwsza, żeby móc o czymkolwiek dyskutować potrzebna jest pewna baza, czyli po prostu wiedza. Po drugie brak tej wiedzy to już pierwszy krok do ignorancji. A po trzecie takie kształcenie czyni życie społecznym wręcz niemożliwym. W regionie, gdzie mieszkamy ludzie niezwykle łatwo się obrażają, gdy człowiek ma na jakiś temat inne zdanie niż oni. Czują się od razu zaatakowani i urażeni w swojej kompetencji. Na nic zdają się konstruktywne argumenty. Ludzie tutaj nie umieją oddzielić sfery prywatnej od np. zawodowej. Każdy uważa, że wie wszystko najlepiej, a nawet jak popełni błąd, to biada temu, kto go wykryje, bo stanie się wówczas wrogiem numer jeden. Nic więc dziwnego, że sami nauczyciele przedmiotów humanistycznych twierdzą niejednokrotnie, że (cytat) „muszą kształcić debili”.
Moje obserwacje są podobne, podczas gdy takimi przedmiotami, jak chemia, fizyka, czy biologia  Niemcy mogli by się poszczycić, to na historii, czy niemieckim hoduje się ciemne masy.
Moi drodzy Rodacy, pamiętajcie zatem proszę, że lekcje języka ojczystego uczą więcej niż tylko odbębniania lektur. Czy my Polacy umiemy lepiej dyskutować niż opisani przeze mnie Niemcy? Niekoniecznie. Przebiega to u nas trochę inaczej i też dość często fatalnie, a jednak jesteśmy bardziej otwarci na opinię innych oraz bardziej zdolni do przyjęcia ewentualnej krytyki. To już sporo. W Saksonii Dolnej to niemalże standard, że rozmówca jest przekonany o swojej nieomylności i wyjątkowości.  W kilku innych landach niestety też. Cóż winić tych ludzi, w końcu tak ich wychowano. Na szczęście są jeszcze landy, gdzie system szkolnictwa trochę lepiej funkcjonuje. Całe lata najlepszą opinię miała Bawaria, która ostatnio spadała w rankingu, za to nieźle z wynikami stoją Saksonia – Dolna i Saksonia. Dziwnym trafem są to landy, w których zachowały się jeszcze resztki socjalistycznego systemu edukacji. Z całą pewnością nie był on idealny i bezdyskusyjnie wymagał reformy, oraz zmiany pewnych metod nauczania, ale miał też kilka pozytywów.
Przejmując rozwiązania z zachodu przyjrzyjmy się zatem im bliżej i nie bierzmy bezkrytycznie wszystkiego jak leci.
W kolejnym poście dowiecie się więcej o maturze w Niemczech.

Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 24

Wszystkie wyświetlenia strony: 28

Unikalne wyświetlenia strony: 28


0/50 ocen

2 KOMENTARZE

  1. Dziękuję za pochwałę:) A jak to wygląda faktycznie z poziomem nauczania, to zapraszam gorąco na mój kolejny post, który mam nadzieję opublikować w przyszłym tygodniu. Zdradzę w nim sporo tajemnic „szkoły niemieckiej widzianej od kuchni”.
    Pozdrawiam

  2. Bardzo ciekawy artykuł ;-) Zastanawia mnie tylko ile uczniowie naprawdę wiedzą po lekcjach chemii czy biologii, piękne wyposażenia, klasy-laboratoria to ogromna korzyść, ale czy to wystarczy? Jak sama piszesz klasy j. niemieckiego tez mają takie wyposażenia, że tylko pozazdrościć. Skoro poziom edukacyjny na matematyce, niemieckim czy historii jest taki niski to jaki jest na innych przedmiotach? Ciekawe czy niemieccy uczniowie, którzy na lekcji zrobili mydło wiedzą chociaż czy ma odczyn kwasowy czy zasadowy i jak to wpływa na naszą skórę? ‚Zabawa’ w doświadczenia to super sprawa ale trzeba jeszcze to dobrze wykorzystać, żeby jakąś wiedzę z tego mieć ;-)
    Pozdrawiam
    nauczyciel w Tajlandii ;-)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj