Mieszkać jak na Holendra przystało

2

Mieszkanie po Holenderskudom4

Wiecie dlaczego Holendrzy robią  w domu wszystko bez zasłaniania zasłon? Bo chcą, aby wszyscy sąsiedzi wiedzieli jak mają ładnie urządzone w domu. A to dlatego, że prawie każdy dom wygląda dokładnie tak samo. Dlatego starają się wyróżniać chociaż wystrojem.
Zacznijmy od tego, że większość zjadaczy Goudy mieszka w szeregowych domkach jednorodzinnych. Kwadratowe chaty bez wyrazu stoją ścianę w ścianę całymi rzędami całymi ulicami. Wszystkie z grubsza wyglądają podobnie. Na parterze salon z kuchnią, wielkie wystawowe okno, przez które sąsiedzi obserwują co akurat robimy (generalnie wszyscy oglądają telewizje). Góra to zwykle trzy niewielkie sypialnie, bywa też skośne poddasze przerobione na dodatkowy pokój. Obowiązkowo przed takim kwadratowym domem jest jeszcze mały betonowy ogródek ze stodółką, w której obowiązkowo trzyma się rower. Niektórzy mają tam też narzędzia, choć sądząc po robotności Holendrów, chyba nie do końca wiedzą do czego ich używać. Każdy dom ma też tylne wyjście, aby właściciel roweru nie brudził sobie dywanu w salonie. W ten sposób oprócz ulic frontowych, na tyłach domów tworzą się również labirynty wąskich przejść i tuneli. Istne miasto w mieście. Wygodne rozwiązanie, które jednak wieczorami robi upiorne wrażenie. Wąskie przejścia mają też jeszcze jedne zastosowanie, stanowią idealną toaletę dla psów. Dlatego prowadząc rower nie dość, że jest wąsko, to jeszcze gównianie.
Wracając jednak do samych szeregówek. O ile domy wyglądają tak samo, to wnętrza stanowią indywidualne pole do popisu. Holendrzy w tym względzie wykazują się niesamowitą inwencją. Zwłaszcza, że układ pokojów niejako wymusza identyczne ustawienia mebli. Z grubsza wszyscy maja sofy w tym samym miejscu, tak samo ustawione stoły, i telewizory przywieszone na tych samych ścianach. Różnicę stanowi jednak dobór mebli (bardzo drogich nowych i bardzo tanich używanych). Chodzący w chodakach często wyżywają się artystycznie też na spłachetkach zieleni przed domem. Każdy Holender od strony ulicy musi mieć coś indywidualnego. To mogą być marmurowe lwy, dywan z kwiatów. Kompozycja z roweru I wiatraka (tak patriotycznie), jeszcze inni sadzą egzotyczne drzewa i rośliny. Niektórzy są tak pomysłowi i tematyczni, że nawet czerwone krasnale nie wydają się tu być szczytem obciachu. Z naszego punktu widzenia to jest po prostu Kicz.
Holendrzy, aby podkreślić indywidualność swojego domu, lubią go nazwać. I tak nad drzwiami często widnieje imię domiszcza. Znaki z nazwą chałupy i tabliczki z imionami domowników są często zdobione, rzeźbione lub kaligrafowane. Wszystko po to aby, choć trochę się wyróżniać od sąsiadów. Inna kwestia to łatwość z jaką można się zgubić na takim osiedlu. Niewprawny mieszkaniec, który zawędruje na przykład z psem dalej niż na odległość rzutu kamieniem od swoich drzwi, może z łatwością zabłądzić. Potem jedynym ratunkiem jest zdać się na psa, albo zapamiętać co bardziej charakterystyczne dekoracje I tym tropem szukać w własnych drzwi. Na lewo koło monumentu osiołka, koło okna z flipem I flapem, po czym w prawo koło domu z palmą. Ja mam już wprawę, ale moi goście ciągle jeszcze się gubią.
Osobną kwestią są wielkie z reguły nie zasłonięte okna. Spacerując po okolicy można sprawdzać co tam słychać u naszych sąsiadów. Niektórzy nawet machają sobie przez te okna. Tu przytoczę anegdotę mojego kolegi, który kilka lat temu mieszkał w Utrechcie. Jako naukowiec, wiele wieczorów spędzał w domu przy biurku na przeciw okna. Pech chciał, że jego sąsiad z na przeciwka również lubił spędzać wieczory w domu, z tym że robił to w towarzystwie różnych pań. Co wieczór brał więc te panie w różnych pozycjach I na różnych meblach, namiętnie robiąc to zwłaszcza na parapecie okna. Kolega mówił, że nie było w tym nawet nic złego. Problem pojawiał się wtedy, gdy rzeczony młodzieniec, po aktach fizycznych zabierał się za czyszczenie swojego instrumentu, robiąc to oczywiście przy oknie. Ponoć lubił nawet machać w trakcie tych czynności do sąsiada z naprzeciwka. Należy też podkreślić, że tylko taki układ domów, umożliwia tworzenie całych dzielnic czerwonych latarni. Z tym, że w takim przypadku, salon zamienia się w miejsce pracy twórczej.
Na zakończenie warto wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zwyczaju ludu z depresji. Mianowicie, gdy rodzi się dziecko. Rodzice zwyczajowo wystawiają w oknach wielkie banery, rysunki, zabawki. W oknie powiewają chorągiewki a w ogrodzie staje bocian. Piszą też imię dziecka w oknie. W ten sposób informują najbliższych sąsiadów, że na świat przyszedł nowy mieszkaniec familoków. Sąsiedzi są wtenczas zobligowani odwiedzić nowego członka społeczności I oczywiście przynieść jakiś niewielki upominek. Rodzice w zamian odwdzięczają się częstując gości ciasteczkami. Niebieskimi jeśli urodził się chłopiec, lub różowymi jeśli na świat przyszła dziewczynka.
P.S. Jeszcze jedna uwaga z autopsji. Ponieważ w Holandii jest drogi gaz I prąd, w domach zawsze jest cholernie zimno. brrr

Leo

fot Leo&Google

huymorgen.blogspot.nl

unaswdojczlandzie.blogspot.deIMG_8135


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 7

Unikalne wyświetlenia strony: 6


0/50 ocen

2 KOMENTARZE

  1. jestem Holenderką z wyboru , bo tam dorosłam i tam byłam naturalizowana. Mieszkałam długo w Maastricht. Limburgia jest inna jak w tym tekście mimo, że też Niderlandy, domy są różne i różniaste. Każdy inny, każdy zadbany, kolorowy, piękny. Południe Niderlandów jest zupełnie inne, bo domy nie są szeregowe a indywidualne, ogrody, każdy inny z niesamowitą ilością kwiatów, roślin. Południe jest katolickie, północ- taka jak w wyższej opowieści. Malutki kraj a tyle mentalności. Holandia to dla kogoś z Limburgii inna bajka i inne dialekty, inne domy, inny styl życia. Ot tak sobie przypominam, bo od lat już tam mnie nie ma i tęsknię do Maastricht.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj