Tunezyjskie rozliczenia

0

Po powrocie z każdej podróży przychodzi czas na rozliczenia. Zastanawiam się nad tym czy słusznie wybrałam kierunek wyprawy? Co zrobiło na mnie największe wrażenie? Jakie były najsłabsze punkty mojej wycieczki?
I oczywiście najistotniejsza kwestia: czy wybrałabym się w to miejsce znowu? Zapraszam na moje subiektywne podsumowanie tunezyjskich wojaży.

NA TAK:

Tuk-tuk

Najlepszy środek transportu jakim jechałam! To coś w rodzaju zmotoryzowanej rikszy. Tuk-tuki są szczególnie popularne w krajach azjatyckich, ale, jak sama się o tym przekonałam, można je spotkać także w innych rejonach. Pojazd ten posiada trzy koła, kabinę kierowcy oraz kilka miejsc siedzących z tyłu. Przemieszczanie się tuk-tukami to naprawdę niesamowita frajda. Niczego nieświadoma wsiadałam do jednego z nich w Susie. Był wieczór i słońce chowało się za horyzontem. Zmęczona całodzienną eskapadą chciałam znaleźć się w miarę szybko w hotelu. Nie przypuszczałam nawet, że moje życzenie wkrótce się spełni. Kierowca wcisnął pedał gazu i ruszył z kopyta. Miałam wrażenie, iż z każdym metrem gna jeszcze szybciej. Włosy wirowały mi wokół twarzy, a wiatr świszczał w uszach. Po dojechaniu na miejsce, od nadmiaru wrażeń kręciło mi się w głowie.

Z tuk-tuków korzystałam jeszcze kilka razy. Poruszałam się na nimi trasie Port El Kantaoui – Sousa i muszę przyznać, że były to najprzyjemniejsze doznania przejazdowe. Bez pasów bezpieczeństwa, bez regulacji i miliona wytycznych. Wolność czuło się w powietrzu. Taka przejażdżka kosztowała zaledwie kilka dinarów, a kierowcy zatrzymywali się, gdzie tylko klient sobie życzył.

Shisha

W Tunezji wylądowałam wczesnym wieczorem. Kiedy przemierzaliśmy ulice poszczególnych miast, moją uwagę zwrócili mężczyźni przesiadujący w kawiarnianych ogródkach i palący shishę. Niespiesznie wodzili wzrokiem za przejeżdżającymi samochodami, a z ich ust wydobywały się kłęby dymu. Ten jakże dla mnie egzotyczny widok sprawił, że poczułam powiew orientu, a rąbek tajemnicy właśnie został uchylony.

W Port El Kantaoui mieszkałam w hotelu pełnym mauretańskich detali. Łuki, ciepłe kolorowy, wzorzysta tapicerka nadawały charakteru. I właśnie w tym hotelu paliłam najlepszą shishę w swoim życiu. W niewielkim barowym pomieszczeniu znajdowały się miękkie kanapy suto wyłożone poduszkami. Pamiętam kłęby dymu pod sufitem, kobietę tańczącą boso i podwinięte czubki butów kelnera przypominające alladynki. Mój umysł osiągnął stan spokoju. Zapominając o wszystkim pogrążyłam się w błogim półśnie wtopiona w miękką materię poduszek.

Ciekawi jesteście co jeszcze mnie oczarowało, a czemu powiedziałam zdecydowane „nie”? Zapraszam na bloga


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy:

Wszystkie wyświetlenia strony:

Unikalne wyświetlenia strony:


0/50 ocen

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj