Moja pierwsza wielka podróż

0

Podróże od zawsze mnie nęciły. Jestem typem wędrowca i uwielbiam wszelkie mniejsze bądź dalsze wyjazdy. Zaczęło się od koloni oraz wyjazdów z rodzicami nad polskie morze. Ale w swoją pierwszą poważną podróż pojechałam dopiero po ukończeniu drugiego roku studiów.

Pewnie dla wielu osób to dość późno, lecz powód był prosty: brak własnych pieniędzy. Wszystko zmieniło się pewnego wrześniowego dnia, kiedy otrzymałam informację o tym, iż przyznano mi stypendium naukowe. Do dziś pamiętam swoją radość oraz te wszystkie miejsca, które przychodziły mi do głowy, gdzie mogłabym postawić swoją stopę. Przez cały rok, sumiennie odkładałam co miesiąc te ponad 200 zł. I tak oto na początku września zebrała się całkiem spora suma. Miałam do dyspozycji około 2 tys. zł. Wtedy to były dla mnie naprawdę duże pieniądze. Nigdy przedtem nie dysponowałam taką ilością jednorazowo.

We wrześniu nastał czas na decyzję: gdzie pojechać. Z założenia nie wybieram się nigdzie w lipcu ani sierpniu. Powodów jest kilka. Wówczas w Polsce jest ciepło, więc nie widzę sensu, aby prażyć się w ekstremalnych temperaturach, gdzieś na południu Europy. Owszem to dobry moment na wyjazd do Skandynawii czy na Islandię, ale nie jestem miłośniczką miejsc, gdzie przez większość czasu miałabym marznąć. Po krótkich rozmyślaniach wybór padł na północną Afrykę. I tak w swoją pierwszą, poważną podróż pojechałam do Tunezji.

IMG_0619

IMG_0679

Wówczas nie byłam rasową podróżniczką. Nigdy nie przebywałam zagranicą (nie licząc szkolnej wycieczki do Pragi i kolonii w Karlovych Varach) i nie wyobrażałam sobie samodzielnych wyjazdów. Dlatego wybrałam ofertę biura podróży. Tak wydawało się najlepiej. Tunezja, jak na dwutygodniowy wypad, była tania oraz mieściła się w moim budżecie. Wszystkie formalności załatwiło biuro, więc mi pozostało jedynie spakować walizkę i beztrosko ruszać na lotnisko.

W Tunezji wylądowałam wieczorem, kiedy słońce zachodziło już za horyzont pozostawiając za sobą pomarańczową smugę będącą zapowiedzią następnego dnia. Zaraz po wyjściu z samolotu zachwycił mnie widok jakże egzotycznych palm, a moje policzki przyjemnie muskał ciepły wiatr. Był rok 2010. W Tunezji rządy sprawował prezydent Zajn al-Abidin ibn Ali, a wydarzenia arabskiej wiosny miały dopiero wybuchnąć. Miałam przed sobą dwa tygodnie błogiego wypoczynku w Port El Kantaoui. Tak właśnie zaczynała się moja przygoda z podróżowaniem.

Co zrobiło na mnie największe wrażenie?

Nigdy nie byłam typem osoby, która z lubością wyleguje się na plaży całymi dniami. Owszem miło jest powygrzewać ciało na słońcu, ale tylko przez chwilę. Pełna chęci i zapału ruszyłam na poszukiwanie tego, co Tunezja ma do zaoferowania. W związku z tym, że wycieczki fakultatywne okazały się zbyt drogie, postanowiłam pozwiedzać na własną rękę. Udałam się do informacji turystycznej, przejrzałam ulotki i zdecydowałam się wyruszyć do Al Jemu (Al-Dżammu) obejrzeć rzymski amfiteatr. Na dworcu kolejowym w Susie zakupiłam bilety i pojechałam.

IMG_0850

Al Jem to miasteczko położone we wschodniej części kraju, w odległości ok. 80 km od Susy. Zatłoczony pociąg pełny był Tunezyjczyków, pośród których dało się odnaleźć pojedynczych turystów. Miarowo turkotał po szynach, a za szybą obserwowałam drastycznie zmieniający się krajobraz. Zniknęły wysmukłe palmy i zieleń. Zastąpiły je połacie trawy zrudziałej od palących promieni słonecznych oraz liczne kaktusy. Ale ten równinny, tunezyjski krajobraz skrywał niezwykły skarb: imponujący  amfiteatr. Widać go było już z okien pociągu. Wystarczyło tylko przejść przez tory, aby rozkoszować się cudowną architekturą.

Przed obiektem znajdował się niewielki bazar. Potrzebowałam kupić chusteczki higieniczne, co okazało się prawdziwym wyzwaniem. Starszy sprzedawca nie mówił po angielsku (tylko francuski lub arabski). Nie pomogło pokazywanie na migi. Wreszcie na jego kramie ujrzałam duże opakowanie chusteczek. Wskazałam je palcem, a pan nadzwyczaj spokojnie strzepnął z nich pokaźną warstwę kurzu i wręczył mi towar. Nie ważne jakim sposobem, ale każda ze stron uzyskała to co chciała. Wstęp do amfiteatru nie był drogi (nie pamiętam ile dokładnie wyniósł). Najfajniejsze było to, że za tę sumę mogłam swobodnie poruszać się po obiekcie aż do jego zamknięcia. Nie było natrętnych strażników śledzących każdy ruch, ani kamer.

IMG_0852

Cała historia i więcej zdjęć na blogu: Wędrująca Ruda.

Zapraszam na mojego fb.


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy:

Wszystkie wyświetlenia strony:

Unikalne wyświetlenia strony:


0/50 ocen

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj