Plemiona górskie w Tajlandii

Plemiona górskie w Tajlandii

Odwiedzanie wiosek plemion górskich  (hill tribes) takich jak Karenowie, z najbardziej znanym plemieniem Padaung tzw. ‚Long neck’, czy Hmong, Akha, Lahu, Mien, Lisu, od dawna wzbudzało we mnie ambiwalentne odczucia i z tego powodu, mimo, że mieszkaliśmy tam 5 lat, długo się nie wybieraliśmy.
Chęć turysty do zobaczenia ‚dzikich plemion’ napędza biznes, gdzie miejscowa ludność jest wykorzystywana i pokazywana jak eksponaty w muzeum. Turysta zapłaci każde pieniądze (wycieczki są jedno lub kilkudniowe), aby jeepem, na nogach, na grzbiecie słonia lub łodzią dotrzeć do górskich wiosek i zobaczyć jak tam ludzie żyją. Plemienne kobiety widząc turystów biegną zakładać tradycyjne stroje, otwierają kramy z pamiątkami, wszystko w celach zarobkowych oczywiście. O jakimś dyskretnym podglądaniu życia codziennego wioski, pobawieniu się z dziećmi, czy pstryknięciu zdjęcia z ukrycia raczej nie ma mowy.  Turysta został tu przywieziony po to, żeby pooglądał, zrobił zdjęcia i zapłacił. Wszystko jest wyreżyserowane i ustalone.

Z jednej strony bywa to zawstydzające i niezręczne, kiedy wścibski turysta zagląda ludziom do domów i podgląda ich życie prywatne, z drugiej strony razi sztuczność tego turystycznego biznesu.


Pozycja górskich plemion w Tajlandii
To co opisałam powyżej tym bardziej budzi niechęć, gdy się pozna historie tych plemion. Nie będę tu opisywać dokładnie czym się różnią, skąd pochodzą, w jakich językach mówią i jakie wyznania mają, napiszę o nich ogólnie.
Mniejszości plemienne stanowią około 2% ludności Tajlandii, mieszkają na dalekiej północy, w okolicach Chaing Mai, Chiang Rai, Mae Hong Son, Tha Ton, Nan. Mówią swoimi dialektami, rzadko w języku tajskim.  Religią dominującą wśród plemion górskich jest animizm, ale są tam również wyznawcy chrześcijaństwa i buddyzmu.
Większość przybyła do Tajlandii dopiero w XX w., głównie z Chin, Tybetu, Birmy i Laosu. Znaczna część tej populacji to uchodźcy polityczni, np. najliczniejsi Karenowie uciekając przed prześladowaniami w Birmie, osiedlili się w zachodniej części Tajlandii przy granicy z Birmą. Znalazłam informację, że w ciągu ostatnich 20 – 30 lat uciekło z Birmy do Tajlandii około 120 tyś Karenów.
Drugą, dużą grupą uchodźców są Hmongowie, którzy walczyli z komunizmem, więc musieli uciekać z Wietnamu i Laosu.
Uchodźcy nigdy nie otrzymali obywatelstwa tajskiego, ani żadnych dowodów tożsamości, nie mają więc prawa do ziemi, na której żyją, nie mogą podróżować. Skazani są na łaskę i niełaskę państwa tajskiego i w każdej chwili mogą być deportowani. Dyskryminowani są nie tylko ze względu na brak praw obywatelskich, ale też z powodu analfabetyzmu, biedy i niewielkiej liczebności. Bardzo często są wykorzystywani do napędzania ruchu turystycznego, a ich wioski to atrakcje dla wycieczek zorganizowanych.
Więc jako turyści możemy się zbuntować i postanowić, że  nie będziemy popierać takiego procederu i bojkotujemy odwiedzanie wiosek plemiennych. Czy tym ludziom w ten sposób pomożemy?


Otóż jest druga strona medalu.  Mieszkańcy plemion dzięki temu, że turyści ich odwiedzają zarabiają na życie sprzedając rzemiosło, pamiątki, czyli ogólnie wyroby rękodzielnicze. Zajmują się na co dzień haftowaniem, tkaniem, rzeźbieniem itd. Wszystko co sami zrobią sprzedają jako pamiątki, jest to bardziej opłacalne niż uprawa mało urodzajnej górskiej roli czy hodowla bydła. Turysta, który przyjedzie do wioski potrzebuje też coś zjeść, czasami się przenocować. Można więc powiedzieć, że rozwój turystyki w północnej części kraju przyczynił się do poprawy bytu mieszkańców gór.

Turystyczne skanseny
Jednym z elementów turystycznego biznesu są sztucznie tworzone wioski gdzie mieszkają np. przedstawiciele pięciu różnych plemion. Właśnie w takiej wiosce niedaleko Chiang Rai byliśmy – Union of hill tribe village (350 B/os). Podobna jest obok Chiang Mai – Baan Tong Luang (500 B/os.)
W sztucznie stworzonym skansenie zasady są jasne i nie czujemy się niezręcznie zaglądając ludziom do domów. Można powiedzieć, że mieszkańcy są aktorami, którzy zarabiają na odwiedzających turystach. Całość to głównie stragany gdzie możemy zakupić różności, od produktów ręcznie wyrabianych, po ‚chińszczyznę’. Nie wiem ile mieszkańcy skansenów zarabiają w tym biznesie, zapewne Tajowie dzielą dochody niesprawiedliwie, ale … co sprzedadzą to ich zarobek. Chętnie też pozują do zdjęć, a zapytani o coś po tajsku próbują odpowiadać, chociaż często okazuje się, że nie mówią w tym języku.

Kobiety żyrafy, czyli plemię long neck
Najbardziej znane i zapewne najbardziej dla nas szokujące są kobiety z obręczami na szyi z plemienia Paduang zaliczanego do Karenów.
To wielowiekowa tradycja, która według legendy wzięła się stąd, że na plemię napadały tygrysy, aby zabić człowieka chwytały za gardło. Więc, żeby uchronić bezbronne kobiety wódz nakazał ochraniać szyję mosiężnymi obręczami. Z czasem zakładanie obręczy stało się tradycją, a nie nakazem, czy ochroną.
Obręcze są naprawdę bardzo ciężkie (osobiście sprawdziłam), mogą ważyć do 6 kg.
Według tradycji pierwsze dwie obręcze zakładano dziewczynkom kiedy ukończyły 5 lat, potem co 3 lata dokładano kolejne, aż do ukończenia 25 roku życia lub wyjścia za mąż. Kobieta, która miała już cały komplet nigdy ich nie zdejmowała, nosiła aż do śmierci.
Wśród plemion zamieszkujących Birmę ten barbarzyński zwyczaj został zabroniony, natomiast w Tajlandii rozwija się w najlepsze na potrzeby turystyki. Co więcej, dodano dla ozdoby obręcze pod kolanami i na ramionach.
Jak można łatwo się domyślić, wioski zamieszkałe przez ‚kobiety żyrafy’ należą do najbardziej skomercjalizowanych, a w turystycznych skansenach jest ich najwięcej.

Wbrew pozorom szyje tych kobiet nie są dłuższe, ani się nie wydłużają z miarę upływu lat.  Badania i zdjęcia rentgenowskie udowodniły, że pod ciężarem obręczy dochodzi do zniekształcenia obojczyka i górnych żeber, co wizualnie wygląda na dłuższą szyję, widać to po prawej stronie na zdjęciu. Kobieta, u której doszło już do takich uszkodzeń, nie może zdejmować obręczy. Mięśnie szyi są zwiotczałe,  żebra i obojczyki zdeformowane, więc zdejmowanie obręczy staje się niebezpieczne. Wpływy z turystyki są jednak zbyt ważne, aby zaprzestać praktykowania tego dziwnego zwyczaju. Nie mam pojęcia ile z tych kobiet zdejmuje obręcze po występach dla turystów, a ile nosi je na stałe.

Co turysta może, a czego nie powinien zwiedzać.
Dylemat czy odwiedzać wioski long neck czy nie, bo to niemoralne wspierać jakieś chore zwyczaje utrzymywane tylko na potrzeby turystyki, przypomniał mi szerszy problem dotyczący tego, czego nie powinniśmy zwiedzać czy oglądać.
Najbardziej drastyczny przykład to coraz modniejsza turystyka do Korei Północnej i wypowiedź w telewizji TVN24bis, gdzie Ewa Chojnowska – pilotka wycieczek do Korei Północnej zachęca i opowiada jakie to piękne miejsca można tam zobaczyć, pojeździć na nartach w Górach Diamentowych, a na koniec pożegna was kilometrowy szpaler dzieci machających chorągiewkami. Pozostawiam to bez komentarza, a jak chcecie poczytać opinie innych zajrzyjcie TUTAJ.Jak dla mnie podobnie jednoznaczne i nie wymagające komentarza jest odwiedzanie Świątyń Tygrysów w Tajlandii,gdzie rzekomo zwierzęta są takie ospałe i łagodne z powodu upałów, a  wcale nie są odurzane narkotykami. Mnisi wcale nie zarabiają na trzymaniu tygrysów w niewoli, ale wstęp kosztuje 50 zł, a zdjęcie z łagodnym tygrysem 100 zł.Analizując miejsca gdzie turysta nie powinien jechać można trochę się zapętlić i nie ukrywam, że często mam dylematy.
Na pokazie słoni byłam, na słoniu też jechałam, czy był on dobrze traktowany i mu się podobało, nie wiem. Są różne ośrodki, różni mahouci … a może sobie to tylko wmawiamy?

Na pustyni w Tunezji też wybraliśmy się na wycieczkę na wielbłądach. Ktoś powie, bez przesady wielbłąd po to jest żeby nosić ciężary, inni stwierdzą ‚biedne zwierzę musi dźwigać turystów’.

Na wyścigach konnych też byłam. A to przecież mordercze, że konie zmusza się do takich gonitw dla ludzkiej zabawy.

Nawet oprowadzając innych po slamsach w Mumbaju miałam wątpliwości, ale okazało się, że dzieci mają wielką radochę przy pozowaniu do zdjęć.
Trudno więc osądzać i klasyfikować. Ktoś w komentarzach w linku o Korei Północnej słusznie napisał, że odwiedzania krajów, w których łamie się prawa człowieka jak Iran, Chiny czy chociażby Tajlandia też można się czepiać.

(Visited 13 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Share This

About the author

Rajscy w Azji

Od lutego 2010 roku jestem na koczowniczej emigracji w Azji :-) Nazwałam ją tak ponieważ nadal zmieniam miejsca zamieszkania i dalej szukam swojego final destination. Razem z Rajskim oprócz zwiedzania i poznawania świata zajmowaliśmy się np. pracą w sierocińcu w Kathmandu. Przez 3 lata mieszkaliśmy w Mumbaju i pracowaliśmy w Bolywood. Przez 5 lat w Tajlandii pracowalimy jako nauczyciele. Teraz jesteśmy w Chinach i uczymy małych chiczyków angielskiego. A co dalej? Zobaczymy ;-) Takie szalone decyzje poszukiwania swojego miejsca na ziemi, to raczej pomysły młodych ludzi, którzy są na początku swojej drogi życiowej. Z nami było odwrotnie, najpierw wychowaliśmy naszego syna w Polsce, osiągnęliśmy swoje sukcesy zawodowe, czegoś tam się dorobiliśmy. Jednocześnie wpadliśmy w rutynę codzienności, typowy schemat, praca-dom, praca-dom. A potem zapadła decyzja o zmianie, właściwie to trochę życie za nas zadecydowało ;-)

View all articles by Rajscy w Azji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.