Nie wyjdziesz stąd żywa k…wo

Nie wyjdziesz stąd żywa k…wo

Kochani, dziś kolejny post z serii „Moje wpadki w Niemczech”. Było już o tym, jak w bardzo przykry sposób przejechałam się w Niemczech na ludziach, o których myślałam, że przyświeca nam ten sam cel szerzenia wiedzy o Polsce i pracy na rzecz dobrych polsko-niemieckich relacji (tutaj). Było też o śmiesznej wpadce z buziakiem (tutaj), a dziś opowiem Wam historię, która przez moją niewiedzę i głupotę mogła kosztować mnie w najgorszym wypadku życie.

W dzisiejszej, rozerwanej emocjonalnymi dyskusjami o przyjmowaniu uchodźców, Europie większość z nas wie, że w różnych krajach aktywne są bardziej lub mniej grupy nacjonalistyczne. W tym kontekście różne media poświęciły także sporo uwagi niemieckim neonazistom. Chyba nie ma już człowieka na naszej szerokości geograficznej, który nie wiedziałby o ich istnieniu. Możecie zatem się dziwić, czy wręcz uznać mnie za głupią gęś, gdy napiszę, że przyjeżdżając w 2005 roku do

Niemiec na studia ja nic o nich nie wiedziałam. Był to chyba czas pewnego wyciszenia ich wariactw pierwszych lat po zjednoczeniu Niemiec. Jakby zlegli gdzieś w cieniu. Dużo się o nich nie mówiło w życiu publicznym, a i na uniwersytecie bardziej tłukliśmy gramatykę historyczną języka, czytaliśmy tonami książki niemieckojęzycznych autorów, czy siedzieliśmy w zapyziałych czasach dziejów niemieckiego narodu, za to żaden z wykładowców nie puścił pary z ust o współczesnym problemie naszych zachodnich sąsiadów: ludziach, którzy za wszelką cenę chcieli kultywować dalej ideę Hitlera. Toteż, gdy przyjechałam do Niemiec czułam się tam stosunkowo bezpiecznie, zwłaszcza, że czas mojego zagranicznego stypendium przypadł na krótko po napadzie z pobiciem, którego ofiarą padłam w Polsce. Nie długo musiałam czekać, by poznać nieprzyjazną dla obcokrajowców twarz naszego zachodniego sąsiada.

Na stypendium wylądowałam w Magdeburgu, ówczesnym zagłębiu neonazistów. Zresztą i dziś jest ich tam całkiem sporo. Lubią zbierać się wieczorami na dworcu. Niecałe dwa miesiące po moim przyjeździe do Niemiec wybrałam się z kilkoma zagranicznymi studentami na wspólną wycieczkę do Lubeki. To był piękny dzień pełen fantastycznych wrażeń. Lubeka jest ślicznym miastem i wracaliśmy cali podekscytowani po naszym wypadzie. Niedaleko Magdeburga wsiadł do pociągu łysy, ubrany na czarno koleś. Miał ze sobą ogromnego psa. Usiadł po przekątnej ode mnie i wkrótce zaczął mnie zagadywać w niezwykle romantyczny sposób:

– E! Niezła d… z ciebie. Zerżnąłbym cię.

Tekst, na który każdej kobiecie miękną nogi, ale nie w taki sposób, w jaki facet próbujący zaciągnąć ją do łóżka by sobie życzył. Ja i moi współtowarzysze podróży siedzieliśmy cicho jak myszy pod miotłą. Koleś nie rezygnował i raczył mnie dalej swoimi niewybrednymi „komplementami”. W końcu zaczął się denerwować, że go ignoruję.

– Myślisz, że jesteś kimś lepszym? Zobaczymy, co powiesz jak cię zaspokoję.

Przerażona po usłyszeniu takiego tekstu popełniłam fatalny błąd. Jako że mało wiedziałam o neonazistach nie rozpoznałam małych szczegółów, które wskazwały na przynależność mojego nowego adoratora do radykalnej sceny prawicowej. Uznałam po prostu, że to jakiś naćpany skinhead, pomyślałam więc, że gdy usłyszy mnie mówiącą w obcym języku, zajarzy, iż go po prostu nie rozumiem i się ode mnie odczepi. Na głupszy pomysł nie mogłam wpaść. Gdy tylko wypowiedziałam pierwsze zdanie po polsku do koleżanki ze studiów rozpętało się piekło. Koleś wpadł w szał:

– Ty zagraniczna jeb.. k…wo! Ja ci k…wo pokażę, gdzie jest twoje miejsce! Żywa stąd nie wysiądziesz!

W pociągu, na krótko przed spotkaniem absztyfikanta-noenazisty

 

Wszyscy struchreliśmy, a do mnie dotarło, z kim  mam do czynienia i jak katastrofalną decyzję podjęłam odzywając się w ojczystym języku. Jego złość podsycał przecież fakt, że dopiero co chciał tą jeb… zagraniczną k.. zerżnąć. Koleś wstał, podszedł kilka kroków w moją stronę, zacisnął w pięść jedną dłoń i puścił na mnie swojego psa. Pies był olbrzymi. Jego pysk był na wysokości mojej twarzy. Zatrzymał się tylko kilka centymetrów od niej. Cały czas warczał, a koleś wydawał mu dziwne polecenia, które brzmiały jak zaklęcia. Moi współtowarzysze podróży też znieruchomieli. Każdy bał się ruszyć, żeby nie wyprowadzić z równowagi warczącego mi przy twarzy psa. Szczerze mówiąc nie pamiętam zbytnio, co się dalej wydarzyło. Ze strachu mnie sparaliżowało. Siedziałam jak kamienny  posąg. Biorąc pod uwagę obecność psa było to chyba w tamtym momencie najmądrzejsze zachowanie. Przez głowę przewalały mi się tylko myśli, czy on chce mnie tu teraz pobić na śmierć, czy dać na pogryzienie swojemu psu, czy po prostu wyrzucić z jadącego pociągu. Pamiętam jak przez mgłę jakieś szarpanie i jak koleś na kolejnej stacji w obecności jakiegoś funkcjonariusza opuszcza ze swoim olbrzymim psem nasz przedział. W pociągach niemieckich jeździ nieraz policja, żeby reagować w podobnych przypadkach. To chyba byli oni. Nie wiem, jak wróciłam do akademika. Nogi się pode mną uginały. Znajomi mówili mi, że przez trzy kolejne dni byłam blada jak ściana.

Potem okazało się, że nasz akademik był niemalżem miejscem „survivalowym”. Przy wejściu nie było żadnego portiera, więc każdy z ulicy mógł do niego wejść. Magdeburscy neonaziści wiedząc, że mieszkali w nim głównie obcokrajowcy składali chętnie jego mieszkańcom nieoczekiwane wizyty. Kryli się po zakamarkach i napadali na swoje ofiary. Podobno kilka osób trafiło w ciężkim stanie do szpitala. Nieraz organizowali „tylko” akcje straszenia. Gdy jakaś osoba czekała na windę wychodzili z ciemnych kątów, otaczali ją i zaczynali tupać swoimi ciężkimi buciorami. Poza nimi po naszym akademiku kręcił się na klatce schodowej jakiś fetyszysta, który czatował tam na kobiety i łapał je za stopy. Już w pierwszym miesiącu mojego pobytu jakąś dziewczynę zgwałcono pod wspólnymi prysznicami. Potem jacyć Turcy próbowali zgwałcić jedną z Polek w windzie. Windą jeździł też nieraz jakiś facet, który próbował wciągnąć do niej samotnie czekające na piętrze dziewczyny. Czego chciał nie wiem, bo wszystkim, które na niego natrafiły, udało się na szczęście wyrwać. W kwietniu z 15-ego piętra naszego akademika wypadła dziewczyna. Chodziły słuchy, że ktoś jej w tym dopomógł. Później nam powiedziano, że było to rzekomo samobójstwo. Dlaczego piszę „rzekomo”? Bo krótko po tym, pewnego majowego dnia na naszym piętrze jakaś dziewczyna rozpaczliwie błagała o pomoc w ucieczce przed goniącym ją z nożem facetem.

Miałam wrażenie, że mieszakm w jakimś Bronxie. Władze uczelni jakby w ogóle nie interesowało, co się dzieje w miejscu, które nam przydzieliły do mieszkania. Stypendium było tak niskie, że nie stać mnie było na wynajęcie sobie gdzieś indziej jakiegoś pokoiku. Wychodziliśmy więc z pokoju z gazem pieprzowym w jednej ręce i z postawionymi na sztorc kluczami między palcami w drugiej.

Gdy podczas przerwy międzysemestralnej większoć studentów z mojego piętra wyjechała zostawiając mnie niemalże samą, czułam się średnio komfortowo. Zawału serca omal nie dostałam, gdy dowiedziałam się wówczas przez przypadek, że każdy z nas swoim kluczem może otworzyć każdy inny pokój przynajmniej na danym piętrze(!). Od tamtego czasu co wieczór podstawiałam pod klamkę krzesło, a dalej tarasowałam wejście komodą. Spałam z nożem przy łóżku. Nieraz słyszałam buciory neonazistów w środku nocy.

Także na ulicy zachowywaliśmy się inaczej od opisanego zdarzenia  w pociągu. Staraliśmy się w ogóle ze sobą nie rozmawiać. Zwłaszcza po zmierzchu komunikowaliśmy się sygnałami. Taką radę dali nam niemieccy studenci. Ostrzegli nas, że nawet mówiąc po niemiecku  nie jesteśmy bezpieczni, bo akcent może nas wydać.

– Lepiej chodźcie w milczeniu. – podsumował jeden z kolegów z seminarium.

Pamiętam, że wtedy pomyślałam sobie, że nie chciałabym żyć na stałe w kraju, gdzie nie mogę na ulicy swobodnie rozmawiać. Chyba był to jeden z powodów, dlaczego Najcudowniejszy  Pod Słońcem Mąż potrzebował aż 6 lat, aby sobie mnie „wywalczyć”.

Neonaziści w takiej formie, z jaką zostałam tamtego pamiętnego dnia skonfrontowana w pociągu, to problem głównie byłych Niemiec Wschodnich. Nie znaczy to jednak, że na terenie byłych Niemiec Zachodnich żyją sami tolerancyjni ludzie. Neonazizm ma tutaj inne oblicze. Przyjaciele Niemcy zaserwowali mi całe szkolenie, jak rozpoznać człowieka o prawicowo radykalnych poglądach. Teraz wiem, że widząc na ulicy kolesia w militarnych butach z białym sznurowadłami, najlepiej trzymać się od niego z daleka. Ci z czerwonymi sznurowadłami wpisują się w ruch lewicowy, więc nie trzeba na ich widok panikować. Wiadomo łańcuszki z młotem Thora, nie wspominając o swastyce to też znaki rozpoznawze, przy których powinien się nam włączyć alarm 10-go stopnia.

ZAwieszka „młot Thora” –  zdjęcie jednej z ofert na allegro.de

Gorzej rzecz się ma z tzw. ukrytymi neonazistami. Oni są typowi dla byłych Niemiec Zachodnich. To często porządnie ubrani ludzie na wysokich stanowiskach, którzy nieraz, jak mi wytłumaczono, z ukrycia kierują bandami. To też nieraz przeciętni mieszkańcy wyglądający na normalnych ludzi, a reprezentujący poglądy zgodne tudzież zbliżone do neonazistowskich. Trzeba świetnie znać język niemiecki, żeby wyczuć niuanse w dobieranym przez nich słownictwie. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż oraz moi inni niemieccy przyjaciele zrobili mi taki kurs językowy i wierzcie mi, spotkałam ludzi  posługujących się zdradzonym mi kodem. Tym bardziej wkurzają mnie nieraz wywiady w polskiej telewizji z jakimiś pożal się Boże ekspertami, którzy w całej swojej aurze siedzą w studiu i opowiadają, że tereny Niemiec Zachodnich są praktycznie wolne od neonazistów i tam ludzie są kompletnie otwarci na migrantów. Niestety tak kolorowo to się nie przedstawia. Są tam ludzie, którzy koniecznie chcą zmyć niechlubą historię Niemiec swoją otwartością, obok nich są ludzie sceptycznie nastawieni do polityki Angeli Merkel, są też ludzie, którym to obojętne i na koniec są ludzie, którzy migrantami  pogardzają jako ludźmi gorszej kategorii, tylko nie napadają na nich z maczetą na ulicach, jak to czynią afiszujący się neonaziści. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż powiedział kiedyś, że „zachodnioniemiecka” forma neonazizmu jest o wiele badziej niebezpieczna, bo wrze pod powierzchnią i nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Zgadzam się z nim. W takim codziennym życiu łatwiej funkcjonuje się oczywiście na terenach byłych Niemiec Zachodnich. Tu prawdopodobieństwo spotkania neonazisty, który zechce cię za twoje pochodzenie spałować jest mniejsze niż na terenach wschodnioniemieckich. Gorzej, gdyby pewnego dnia czara goryczy wobec obcokrajowców miałaby się tu jakoś rozlać. Nagle mogłoby się okazać, że ten miły sąsiad z naprzeciwka nienawidzi cię z całego serca.

EPILOG

 

Dzień Mężczyzn w Niemczech. Jest słonecznie. Pod klatkę podjeżdża samochód transportowy. Wysiada z niego dość młody, dobrze zbudowany mężczyzna. Na siedzeniu pasażera siedzi około dziesięcioletni chłopiec. Czekam podekscytowana. To ja znalazłam ofertę tego faceta na portalu z ogłoszeniami. Piękna secesyjna szafa, którą wystawił na sprzedaż za chwilę stanie się naszą własnością.

– Ach! To przykre, że w swoje święto, gdy wszyscy mają wolne [Dzień Mężczyzn w Niemczech jest obchodzony w Dniu Wniebowstąpienia Pańskiego], Pan pracuje.

– Takie życie, niestety dodatakową pracę mogę wykonywać tylko w dni świąteczne. – milknie, po czym po chwili dodaje – Ale syn mi towarzyszy. Przynajmniej w taki sposób spędzę z nim trochę czasu.

– Widzę, że ładnie ułożony chłopiec.

– Staram się. – uśmiecha się bardzo delikatnie.

Jeszcze krótką chwilę rozmawiamy. Choć go nie poprosiłam, sam bierze poszczególne części szafy na bary i wnosi ją nam.

– Skarbie, pomóż proszę Panu. – proszę Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża.

Po rozliczeniu podaje mi rękę, wsiada do samochodu i odjeżdża.

– No to kupiliśmy szafę od neonazisty… – komentuje Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż.

Prawie się zachłystuję.

– Jak to?!

– Jego tatuaże wszystko mówiły.

Cholera. Tych nie studiowałam dokładnie. Miał tak obtatooowaną rękę, że ciężko było się w tych ślimaczkach rozeznać.

– Jezu, to on nie napluł na mnie, tylko mi podał nawet na koniec rękę, a po akcencie to mnie tu każdy za Francuzkę bierze! Zaraz padnę. Ciekawe, czy był dla mnie miły, bo fazę napadania na ludzi z pałą ma już za sobą, czy w swoim pomiataniu obcokrajowcami robi wyjątek dla tych, na kórych zarabia kasę?

Wniosek: muszę się jeszcze lepiej doszkolić z rozpoznawania neonazistów, bo rozpoznanie takiego, to rozpoznanie potencjalnego niebezpieczeństwa.

(Visited 934 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Share This

About the author

Sbundowani

Mam na imię Katarzyna i choć z wykształcenia jestem w pierwszej linii germanistką, to znajomi za sprawą wszystkich moich pasji nazywają mnie "Kobietą Renesansu". W moim życiu zawodowym zajmuję się głównie promocją Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz integracją międzykulturową, która to działalność zaprowadziła mnie min. do Parlamentu Niemieckiego. Na swoim koncie mam też serię wystaw w galeriach niemieckich poświęconych naszemu kawałkowi Europy. Nie jestem typową emigrantką "za chlebem". Właściwie to zawsze chciałam żyć w Polsce. Dwa razy już mieszkałam w Niemczech i za każdym z tych razów próbowano mnie przekonać, bym tu została, ja jednak uparcie jak bumerang wracałam na łono ojczyzny. Jest jednak takie powiedzenie "do trzech razy sztuka", które w moim przypadku miało swoje przełożenie... a zadbał o to ze wszystkich sił Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż (ksywka ta stanowi uśmiech w stronę Ephraima Kishona, satyryka węgiersko-izraelskiego pochodzenia (urodzony jako Ferenc Hoffmann w 1924 na Węgrzech, „ponownie narodzony” w 1949 jako Ephraim Kishon w Izraelu który pisząc o swojej drugiej połówce używał określenia „Najcudowniejsza Ze Wszystkich Żon”) Bliżej mogliście nas poznać z serii artykułów w "Przyjaciółce":)

View all articles by Sbundowani

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.