Niemcy – Przeprowadzka z niespodzianką

Niemcy – Przeprowadzka z niespodzianką

Noworoczne postanowienie z zeszłego roku udało się zrealizować po pewnym retuszu dopiero w tym roku. Niemniej udało się: przeprowadziliśmy się! I tak jesteśmy teraz dumnymi brunszwiczanami. No dobrze, czy tak dumnymi, to czas dopiero pokaże. Niemniej jak każda przeprowadzka do innego miasta jest to swoistego rodzaju nowy start: nowi ludzie, nowe otoczenie i wiąże się z nadzieją, że człowiek nie tylko się jakoś tam zadomowi, ale polubi miejsce swojego życia.

Poza uciążliwym pakowaniem i rozpakowaniem swojego dobytku przeprowadzki w Niemczech są dość miłe. Zwłaszcza te do innej miejscowości.

W Polsce to żadna radocha. Zmiana zamieszkania wiąże się z wymianą całej garści dokumentów: dowodu, prawa jazdy. Trzeba odstać swoje w kolejkach składając wniosek o wydanie nowych, potem czeka się z miesiąc czasu na papiery, po które trzeba ponownie udać się do urzędu i aby wejść w ich posiadanie znowu pobawić się w kolejkowe czasy socjalizmu. W ogóle, gdy sobie pomyślę, ile spraw muszę podczas każdego swojego pobytu w Polsce ogarnąć i ile na to schodzi mi czasu, to mam wrażenie, że w naszym kraju obowiązują procedury rodem z epoki króla Ćwieczka.

W Niemczech o wiele wymysłów, jakie serwują mi polskie urzędy nie muszę się w ogóle troszczyć, a jeśli już, to obowiązują procedury przyjazne dla obywatela. Kilka spraw urzędowych załatwiłam telefonicznie względnie emailowo. Nic dziwnego, że my Polacy jesteśmy narodem  męczenników. Wiecznie mamy coś do załatwienia, wiecznie trzeba gdzieś iść i wręcz nieustannie gonią nas jakieś sprawy. Słuchając ludzi w środkach komunikacji miejskiej mam wrażenie, że jesteśmy chronicznie zmęczeni i niewyrobieni. Nic dziwnego, skoro z masy prostych spraw robi się u nas wielkie mecyje. Mam już swoje osobiste podejrzenie, że u nas wymyśla się specjalnie czasochłonne procedury, co by za nudno nam nie było.

W Niemczech państwo pozwala nabrać swoim obywatelom większego oddechu. Dotyczy to także formalności związanymi ze zmianą miejsca zamieszkania. Tamtejsze dowody osobiste są tak opracowane, że urzędnicy mogą bez problemu odkleić stary adres i nakleić nowy, przez nich wydrukowany i podstemplowany. Zniesiono także obowiązek przerejestrowywania samochodu, co oznacza, że numery rejestracyjne aut w Niemczech niekoniecznie są wyznacznikiem faktycznego zamieszkania ich właścicieli. Niemniej same wspomniane udogodnienia byłyby niewystarczające, by nazwać przeprowadzki miłymi. Rzecz tyczy się powitania nowego mieszkańca w swoich granicach administracyjnych.

W każdym mieście, w którym do tej pory przyszło mi żyć otrzymywałam „pakiet powitalny”. Raz bogatszy, innym razem skromniejszy, ale zawsze był to miły upominek, który miał mi pomóc poznać „mój nowy dom”.  Podobnie było i tym razem. Urzędniczka po zakończeniu wszelkich czynności związanych z przemeldowaniem wręczyła nam powitalną teczkę, a w niej list burmistrza miasta oraz przeróżne kupony na brunszwickie atrakcje:

1. bon na zwiedzanie miasta z przewodnikiem

2. bilet do teatru

3. wejściówkę do muzeum

4. bilet na całodniowe darmowe przejazdy komunikacją miejską (aby zapoznać się z miastem)

5. kupon na wejście na basen

6. bon do Biblioteki Miejskiej

Przyznajcie sami – czyż to nie miłe? Miasto od samego początku stara się, żebyśmy się w nim możliwie szybko zadomowili. Zamiast ciągać nas w nieskończoność po odstraszających instytucjach, zadbano, abyśmy miło spędzili wolny czas w naszym nowym miejscu zamieszkania jednocześnie je lepiej poznając. Pomysł, który polskim urzędom z całego serca  proponuję skopiować. W końcu przy przeprowadzkach także obowiązuje zasada: „dobre wrażenie robi się tylko raz”. Brunszwik zrobił na nas fantastyczne wrażenie:)

(Visited 212 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Share This

About the author

Sbundowani

Mam na imię Katarzyna i choć z wykształcenia jestem w pierwszej linii germanistką, to znajomi za sprawą wszystkich moich pasji nazywają mnie "Kobietą Renesansu". W moim życiu zawodowym zajmuję się głównie promocją Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz integracją międzykulturową, która to działalność zaprowadziła mnie min. do Parlamentu Niemieckiego. Na swoim koncie mam też serię wystaw w galeriach niemieckich poświęconych naszemu kawałkowi Europy. Nie jestem typową emigrantką "za chlebem". Właściwie to zawsze chciałam żyć w Polsce. Dwa razy już mieszkałam w Niemczech i za każdym z tych razów próbowano mnie przekonać, bym tu została, ja jednak uparcie jak bumerang wracałam na łono ojczyzny. Jest jednak takie powiedzenie "do trzech razy sztuka", które w moim przypadku miało swoje przełożenie... a zadbał o to ze wszystkich sił Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż (ksywka ta stanowi uśmiech w stronę Ephraima Kishona, satyryka węgiersko-izraelskiego pochodzenia (urodzony jako Ferenc Hoffmann w 1924 na Węgrzech, „ponownie narodzony” w 1949 jako Ephraim Kishon w Izraelu który pisząc o swojej drugiej połówce używał określenia „Najcudowniejsza Ze Wszystkich Żon”) Bliżej mogliście nas poznać z serii artykułów w "Przyjaciółce":)

View all articles by Sbundowani

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.