Eurotrip – relacja cz.2/5

Eurotrip – relacja cz.2/5
W pierwszej części relacji z naszego 17-dniowego EuroTripu dowiedzieliście się, jak wyglądała wizyta w Energylandii, gdzie pozbywaliśmy się nagromadzonych stresów oraz jak minęły nam 2 dni w Czechach, gdzie dział się istny czeski sen a plany pozostawało planami, bo życie miało własny pomysł na nasz wyjazd ;) Z drugiej części dowiecie się między innymi, co warto zjeść w Wiedniu i czemu piękna natura na zdjęciach to nie zawsze zasługa Photoshopa.

Dzień 4 z 17

Plan był napięty. Od początku planowania tego wyjazdu wiedzieliśmy, że w Wiedniu nie będziemy nocować, bo ceny były horrendalnie wysokie. Nocleg ‘przed’ był jeszcze w Czechach, a noclegu ‘po’ nie mieliśmy, ale wiadomo było, że nie będzie w Wiedniu ani jego bliskich okolicach. Mieliśmy więc nieco więcej niż pół dnia, żeby zobaczyć to, co Wiedeń ma najpiękniejszego. Przyznacie, że to bardzo mało czasu… Fakt. I z tego powodu musieliśmy iść na pewne kompromisy i pogodzić się z myślą, że wszystkiego nie zobaczymy. Zostawiliśmy samochód na P+R przy stacji metra Erdberg i ruszyliśmy zwiedzać. Odwiedziliśmy takie punkty jak:
– pałac Schönbrunn i jego ogrody – z pewnością warto iść, ale uważajcie, żeby nie zacząć iść w prawo w labirynt ogrodowy, bo możecie tak jak my stracić na tym blisko godzinę,
– Karlsplaz, który albo oglądaliśmy z niewłaściwej strony albo nie ma na nim nic na czym warto zawiesić oko,
– zamkniętą operę wiedeńską, pod którą roiło się od naganiaczy w barokowych strojach zachęcających do wykupienia biletu na jeden z koncertów/spektakli w operze – ten punkt wycieczki jest moim osobistym niedosytem, bo uwielbiam oglądać wnętrza Oper;
– katedra św. Szczepana
– plac pod ratuszem miejskim, gdzie odbywało się coś na kształt zjazdu mobilnych knajpek serwujących jedzenie z różnych stron świata,
– hotel Sacher – mocny punkt naszego programu zwiedzania. Wiele czytaliśmy na temat tortu Sachera, o którego od ponad 150 lat trwa spór sądowy. Historia głosi, że przygotował go Franz Sacher – 16-letni pomocnik kucharza księcia. Zastanawiacie się pewnie jakim cudem ten młodziutki adept sztuki kulinarnej przygotowywał deser dla samego księcia. A no dlatego, że miał szefa tchórza! Główny kucharz – wymawiając się niedyspozycją – opuścił miejsce pracy i pozostawił Franca z poleceniem przygotowania deseru dla gości księcia. Mówiąc krótko: kucharz stchórzył, bo właściwie nie miał z czego przygotować deseru. Spiżarnia świeciła pustkami! Mąka, jajka i gorzka czekolada – to wszystko, co tam można było znaleźć. Franz stanął jednak na wysokości zadania – upiekł czekoladowy biszkopt i polał roztopioną czekoladą. Recepturę tortu dopracował po latach syn Franza – Eduard, w najsłynniejszej piekarni Demel. Aktualnie prawnicy próbują dojść, kto powinien mieć prawa do tortu – Sacher czy Demel. Nie wnikając zbytnio w prawne zawiłości całej sytuacji, wiedzieliśmy, że chcemy spróbować tego deseru, o którym tyle się mówi. Skusiliśmy się. Tanio nie było – kawałek tortu Sachera to koszt 6,5 euro . Ale na pewno było warto! Do kawałka tortu zamówiliśmy polecaną przez innych kawę Melange. Cud, miód i malina! Słodkie czekoladowe ciasto przełożone konfiturą i delikatna kawa stanowiły idealne zwieńczenie kolejnego intensywnego dnia. Jeśli tylko będziecie w Wiedniu to koniecznie zajrzyjcie do hotelu Sacher. I nie skuście się na podróbki tortu sprzedawane w innych miejscach. Pozwólcie sobie na odrobinę luksusu.

Nocleg spontanicznie znaleźliśmy na Słowenii w miejscowości Bled. Zajechaliśmy tam późną nocą. Zastaliśmy dom strachów, skrzypiące złowieszczo schody i kościół, gdzie dzwony zaczęły bić niespodziewanie o 23:45. Na szczęście nad ranem to miejsce nie wyglądało już tak strasznie, a w szafach nie znaleźliśmy żadnego trupa ;)

 

Dzień 5 z 17

Tego dnia postawiliśmy na chillout. Zmęczeni wiecznym zwiedzaniem i napiętymi planami, rozpoczęliśmy dzień w piekarni jedząc pyszny burek (placek nadziewany mięsem lub warzywami). Następnie skuszeni pięknymi zdjęciami znalezionymi w Internecie, pojechaliśmy nad jezioro Bled z zamiarem spędzenia tam większej części dnia. Chwilę czasu zajęło nam upewnienie się, że nie mamy żadnych szans na bezpłatne zaparkowanie samochodu w okolicy jeziora. Wywiesiliśmy białą flagę i zaparkowaliśmy za 10 euro na jednym z wypchanych po brzegi parkingu. Niezbyt chętni na leżenie w ścisku na małej plaży, podjęliśmy decyzję o przejściu się wzdłuż jeziora i poszukaniu bardziej odludnego kawałka, na którym moglibyśmy się rozłożyć. Znaleźliśmy je bez problemu. To był czas na plażing, smażing i swimming 😉 Nie obyło się też bez zrobienia kilkudziesięciu zdjęć malowniczej wyspy Blejski Otok leżącej pośrodku jeziora. Widok piękny i na pewno warty zobaczenia. Na wysepkę można dostać się kilkoma sposobami: łódką ze sternikiem, łódką z wiosłami, ale bez sternika albo wpław. Jeden z nas wybrał opcję numer 3. Dzięki niemu wiemy, że kościół nie jest atrapą, prowadzą do niego eleganckie marmurowe schody no i cóż… jeśli chcesz wejść do kościoła to wybierz inną opcję niż wpław, bo wymagany jest odpowiedni strój. Już po fakcie doczytaliśmy, że w kościele znajduje się dzwon, a legenda głosi, że jeśli masz marzenie/życzenie i zabijesz w ten dzwon to ono się spełni. Cóż, trzeba będzie tam wrócić, żeby rozbujać dzwon ;)

Noc spędziliśmy już na terenie Chorwacji, gdzie zastało nas ogromne zimno i podwójne koce na łóżkach (jeszcze jednym dodatkowym chyba nikt z nas by nie pogardził). Ku naszemu porannemu zaskoczeniu, gdy tylko wyjechało się z mikro lasu, gdzie znajdował się nasz nocleg, nagle robił się skwar. Do tej pory nie wiemy jak to funkcjonowało, ale trudno. Tam już nie wrócimy.

 

Dzień 6 z 17

Wczesnym rankiem (no cóż… może nie był to tak wczesny jak planowaliśmy, ale trudno…) pojechaliśmy do parku narodowego jezior plitwickich. Wcześniej naczytaliśmy się porad, które poniżej streszczam, bo mogą Wam się przydać:
1) są dwa wejścia do parku. Radzimy wybrać wejście nr 1 . Ma ono tę niewątpliwą zaletę, że to, co najpiękniejsze w parku zobaczycie na początku, kiedy będziecie jeszcze mieć siłę, żeby zachwycać się widokami (w przeciwieństwie do trasy idącej od wejścia nr 2 , kiedy to przy tych punktach jedyne o czym będziecie marzyć to usiąść i odpocząć po kilku godzinach chodzenia w słońcu),
2) przed wejściem do parku warto skorzystać z toalety dostępnej bezpłatnie przed linią kas. Następna taka możliwość będziecie mieć za kilka godzin!
3) kolejka po bilety jest długa, ale idzie bardzo sprawnie, więc nie stresujcie się nią – bilety dla dorosłego w lipcu i sierpniu kosztują 180kun,
4) są różne trasy dostosowane przede wszystkim do czasu, jaki chcecie spędzić na terenie jezior. Tuż za wejściem na teren parku jest mapa z rozrysowanymi trasami. My wybraliśmy trasę C zaplanowaną na 4-6h.
5) oznaczenia są niestety czasem mylące, a znak, że twoja trasa idzie w prawo jest równoznaczny z tym, że należy iść w lewo 😉
6) w jeziorach nie wolno się kąpać i choć – szczególnie w upalne dni – kuszą swoim chłodem to nie warto: kary porażają!
7) załóżcie wygodne buty. Obcasiki nie sprawdzą się kładkach (które stanowią ok.80% trasy), ani tym bardziej na bardziej górskich fragmentach,
8) zabierzcie ze sobą wodę i coś na głowę. Słońce zdaje się grzać tam mocniej. Całkiem niezłym pomysłem byłby też składany wachlarz,
9) podczas wędrówki myślcie! Znane są przypadki turystów, którzy owładnięci chęcią zrobienie niepowtarzalnych zdjęć, przeszli przez barierki i spadli ze skarpy… to były ich ostatnie zdjęcia. Sami byliśmy świadkiem głupoty turystów, więc proszę… myślcie! Nawet najpiękniejsze zdjęcie nie jest warte ryzykowania zdrowia czy życia.
10) Mniej więcej w połowie trasy natkniecie się na przeprawę stateczkiem (cena ujęta w koszcie biletu), a gdy dojdziecie do prawie końca trasy będzie na Was czekał busik, który zabierze Was do prawie początku trasy.

O Jeziorach Plitwickich trudno coś napisać, bo to po prostu trzeba zobaczyć. My byliśmy zachwyceni pięknej przyrody, a kolega, który ma słabość do ładnych widoczków zrobił 360 zdjęć, bo przecież taki widok nie może się zmarnować 😉 To wiele mówi! :) Jedno jest pewne: jeśli po wpisaniu w google_grafika hasła „Jeziora Plitwickie” stwierdzicie, że nawet ładne widoki, ale widać Photoshop to ja Wam mówię: to nie jest Photoshop! To jest piękno natury 😊

Naszą wędrówkę zakończyliśmy około 16 i udaliśmy się w kierunku Zadaru, a konkretnie Sukoszanu, gdzie mieliśmy nocleg. Wieczorem skusiliśmy się na zwiedzanie Zadaru. Mnie to miasto urzekło. Może wynikało to z faktu, że było to pierwsze miasto chorwackie jakie zwiedzaliśmy, ale było naprawdę urocze. Znalazłam tam to, co kojarzy mi się z chorwackimi miasteczkami znanymi do tej pory z pocztówek – wąskie uliczki, skalne ściany, kolorowe kwiaty i delikatne oświetlenie nocą. Właśnie to znalazłam w przejściach w okolicy rynku. Pobawiliśmy się również światłem na ogromnej „podłodze dyskotekowej”, które mieniła się na dziesiątki kolorów. Mała rzecz, a ile zabawy ;) Po powrocie „na chatę” było nam nadal mało zwiedzania, więc wybraliśmy się na podbój Sukoszanu. Trafiliśmy na końcówkę festynu rybackiego, gdzie dla zmyły można było oglądać kozy, kury i osła 😉

 

 

Już za tydzień kolejna część naszej relacji :)
Do poczytania!
MS

(Visited 51 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Share This

About the author

Wpisy redakcyjne. Polecamy

View all articles by BlogerzyZeSwiata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.