Indyjskie ulice czyli prawdziwa szkoła przetrwania.

Indyjskie ulice czyli prawdziwa szkoła przetrwania.

Jeżeli w Indiach panują jakieś zasady ruchu drogowego, to jeszcze ich nie zrozumiałam. A wierzcie mi, że staram się z całych sił. Do tej pory myślałam, że warszawscy kierowcy są szaleni, ale jeśli przejdziecie delhijską szkołę jazdy, już nigdy nie będziecie się bać. A Warszawiacy będą od was uciekać z szybkością odrzutowca.

Przede wszystkim rzadko widuję na ulicach wyznaczone pasy ruchu, dlatego nawet na dosyć wąskiej drodze cztery auta obok siebie to nic dziwnego. Dodajcie do tego riksze, autoriksze, skutery i motocykle oraz fakt, że wszyscy się gdzieś spieszą. Samochody rzadziej, ale autoriksze nagminnie jeżdżą pod prąd. Byle szybciej do celu.

No dobrze, może na delhijskich ulicach jednak obowiązują jakieś przepisy. Zasada numer jeden to przytrzymywanie klaksonu tak długo i często jak się da (i obowiązuje to chyba w całych Indiach). Po coś w końcu został wbudowany w kierownicę, prawda? Generalnie trąbi się chyba dla czystej rozrywki. bo kierowcy robią to nawet kiedy droga jest zupełnie pusta. Nazywam to genem trąbienia. Rodzi się z tym chyba każdy Indus.

Drugą zasadą jest to, że kierowcy w Delhi są panami wszechświata. Jeżeli jesteś przechodniem i nie masz mocy Supermana to marny twój los, bo delhijscy kierowcy nie przepuszczają przechodniów. Nawet jeśli taki biedy człowiek jest już w połowie drogi. A ponieważ pasy dla przechodniów na indyjskich ulicach trudniej znaleźć niż igłę w stogu siana, trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość i lawirować między samochodami, które stoją na czerwonym świetle, niczym wytrawny tancerz.

No właśnie. Tylko, że z tym czerwonym światłem to różnie bywa. Kierowcy zatrzymują się na czerwonym raczej na dużych skrzyżowaniach. Na tych mniejszych…dobrze jest mieć oczy dookoła głowy. Albo jeszcze lepiej wynająć rikszę, żeby zostać elegancko przetransportowanym na drugą stronę zatłoczonej ulicy. Indusi są szkoleni w przeprawach przez jezdnię od małego, a i tak mają z tym czasem problemy. Co dopiero ja, mała biedna cudzoziemka? Ja to się boję przechodzić nawet przez pustą ulicę. Przysięgam, że zawsze kiedy jestem już w połowie drogi jakiś pojazd zaczyna na mnie trąbić, chociaż ulica była pusta jak mój żołądek przed śniadaniem, jeszcze trzy sekundy temu!

I kiedy po pół roku w Delhi myślałam, że już nic nie może mnie zdziwić, właśnie wtedy wsiedliśmy do taksówki, która cuchnęła marihuaną tak bardzo, że po minucie wewnątrz byłam na haju. W pierwszym odruchu chciałam uciekać, ale nie chciało mi się wierzyć, że kierowca jest upalony w godzinach swojej pracy. Dopiero kiedy zaczął się zatrzymywać co jakiś czas, a dzwonkiem w jego telefonie była piosenka czcząca boga Shivę…nie mieliśmy wątpliwości kto sobie popala pomiędzy kursami.

Bo musicie wiedzieć, że Shiva był wielkim admiratorem marihuany. Palił ją namiętnie i pił napój przygotowany na bazie tejże rośliny. W ten sposób, paląc trawkę, wierni czczą Shivę. A w dzień jego urodzin, w świątyniach Shivy i wy możecie dostać ten specjalnie przygotowany napój. Nasz taksówkarz prawdopodobnie modli się wiele i szczerze, dlatego uniknęliśmy wypadku.

I tak właśnie jeździ się po Delhi. Szybko, jak wiatr. Bez kasków, bez pasów bezpieczeństwa, bez rozumu. I tak oto, po wielu latach przerwy, wróciła moja choroba lokomocyjna. Daje o sobie znać na samą myśl o podróży samochodem poprzez delhijskie tajemnice. Chyba, na wszelki wypadek, zacznę nosić w torebce foliową reklamówkę. Przezorny zawsze ubezpieczony.

(Visited 54 times, 1 visits today)
Share This

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.