Włoskie smaczki II

Dziś krótko i na temat. Będę znów rozgryzać włoskie namiętności i przywary, trochę chaotycznie i z przymrużeniem oka rozbiorę na części pierwsze stereotypy, zwyczaje i ciekawostki. Innymi słowy wszystko to, za co obcokrajowcy kochają Bel Paese. Opowiem Wam o tym jak mówią, jak kochają, czym jeżdżą i ile się spóźniają mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego, czyli włoskie smaczki II.


Rzecz o językach i dialektach

Od Włocha nigdy nie dowiesz się czy mówisz poprawnie po włosku. Widocznie wyznając zasadę, zgodnie z którą pochwała motywuje ucznia, chwalą zawsze i wszędzie, przymykając oko na niezgrabne „jak to kosztuje?” czy „ tak, to było bardziej dobre!”.  Dla nich, nawet dukając bezokoliczniki jesteś super, dlatego czyni ich to niezwykle wyrozumiałymi słuchaczami na początek, ale kiepskimi doradcami później (-„Dlaczego tak się mówi? -Bo tak.”, „-Congiuntivo czy presente? -A to są jakieś reguły?”)

Spotkałam się ostatnio ze stwierdzeniem, że wśród Włochów obcokrajowiec usiłujący mówić po włosku wzbudza sympatię, natomiast cudzoziemiec mówiący po włosku wzbudza szacunek. Gdy okaże się, że radzisz sobie z gramatycznymi zawiłościami ich języka, a lata studiów na uczelni wyższej wyczuliły cię na reguły, o których nawet oni nie słyszeli, przestają klepać cię przyjacielsko po plecach i uścisną ci rękę, spojrzą z dumą w oczy i stwierdzą , że jesteś bohaterem i  znasz język włoski lepiej od nich.

Włosi z południa mieszkający na północy lubią sobie czasem tak dla smaczku dorzucić w rozmowie jakieś słówko z dialektu. Na południu z kolei, miejscowi lubią się czasem zapomnieć i rozsmakowani w żarcie kończą zdanie w dialekcie, aby potem zapytać cię czy wiesz co to znaczy. Ot co, takie popisy. Ale żeby posłuchać prawdziwego dialektu najlepiej udać się w odwiedziny do babci czy dziadka. Z dialektami jest tak, że  często udaje mi się domyślić znaczenia jednych słów, inne zapamiętałam, a pozostałe puszczam wolno żeby od czasu do czasu pozwoliły mi rozkoszować się w mnogości dźwięków.

Rzecz o gestach

Jeśli mowa o języku nie może zabraknąć wzmianki o gestykulacji. Gesty dla Włocha to przedłużenie słowa, to jego przedstawienie, podkreślenie myśli i wydobycie sensu wypowiedzi. Język włoski domaga się machania rękami. Na początku sądziłam, że łatwiej jest mi wyrazić tak myśli jeśli brakuje mi słów, teraz wiem, że wraz z niezbędnym słownictwem nabywa się też niezbędnych gestów. Włosi dokonują cudów kiedy mówią, machają energicznie rękami i udaje im się nie uszkodzić przy tym rozmówcy. Czasem sam gest jest odpowiednikiem słowa. W Polsce mamy kciuk w górę, kciuk w dół i środkowy palec. Włosi mają całą gamę gestów, które zamknąć można by w encyklopedii. Innymi słowy jeśli posadzisz Włocha z zawiązanymi rękami, on nie odezwie się ani słowem.

Rzecz o kupowaniu

Pokuszę się o stwierdzenie, że we Włoszech rowerami porusza się prawie taki sam odsetek osób co samochodami. Jednoślady parkowane są dumnie jedne obok drugich tworząc falujące przedłużenie znajdujących się nieopodal budynków. Jeżdżą nimi pracownicy,  bezrobotni, matki z dziećmi, a w Bolonii głównie studenci. Jest to szybki i tani środek lokomocji, a ze względu na to ,że w porze zimowej śniegu więcej nie ma niż jest, to można nim śmigać przez cały rok, oszczędzając przy tym na bilecie autobusowym czy karnecie do siłowni. Jest w tym błogostanie jednak haczyk. Stolica Emilii-Romanii to miasto, w którym lepiej kupić droższy łańcuch zabezpieczający przed kradzieżą niż sam rower. A wszystko dlatego, że kradzież jednośladów jest zjawiskiem równie częstym jak ich nabywanie. Kradną koła, siodełka, lusterka, bagażniki. Nieraz rozbierają rower na części pierwsze i spacerując po mieście można natknąć się na przywiązany do barierki „wybrakowany” model.

Kradzione rowery są zazwyczaj przemalowywane, dlatego przy zakupie jednośladu warto zwrócić uwagę na jego kolor. Jeśli rzucą nam się w oczy niedbałe ślady przemalowywania, prawdopodobnie mamy do czynienia z kradzionym egzemplarzem.

Dlaczego więc środowisko studencie wciąż kupuje rowery od siebie nawzajem? Bo są tanie. A przy ryzyku jego straty, lepiej nie wydawać za dużo.

We Włoszech nie ma zniżek studenckich. Podróżując pociągiem, kupując miesięczny bilet autobusowy lub po prostu wybierając się do kina należy pamiętać, że studentów nie traktuje się tak ulgowo jak w Polsce. Można jednak liczyć na 10% sconti w niektórych supermarketach (ważne po ukazaniu legitymacji).

Rzecz o temperamencie

Gdy moja sąsiadka wraca do domu słychać ją już na dziedzińcu. Często rozmawia przez telefon, ogólnie jest głośna i wesoła. Gdy wpada do domu słychać tylko hałaśliwe „ciaoooooooooo!” jakie rzuca swoim dzieciom i mężowi, po czym ostentacyjnie trzaska drzwiami.  Niecałą godzinę później zaczyna się telenowela. Zza prawie że papierowych ścian dochodzą nas niemiłosierne krzyki, a ja, z wrażenia, prawie przycinam sobie szafką palca. Dowiadujemy się, że syn zgubił książkę do matematyki, mamie nie podoba się jego koleżanka, a młodszy ją okłamał. Krzyki trwają nieraz przez pół wieczoru, a wielce cierpliwy mąż tylko od czasu do czasu rzuci „basta!”. Prawie nigdy go nie słychać. Czasem kłótnie przenoszą się na klatką schodową, a ja zastanawiam się ile par uszu mimowolnie śledzi ten scenariusz. Czasem dla żartu Mój Luby pyta się czy zrobić popcorn aby przyjemniej nam się słuchało, a ja prycham na niego. Później wszystko wraca do normy, dzieci kochają mamę, a mama dzieci, a my możemy w końcu ściszyć film lub przestać pracować z komputerem w oknie.

„Nie mogę żyć bez ciebie, chociaż… chociaż…” – jak to jest z miłością u Włochów? Jak w każdej innej nacji. Znajdą się mniej i bardziej poważni. Jedno jednak jest pewne: z natury komplemenciarze, koneserzy kobiecej urody, nie kryją się z uczuciami i odczuciami (choćby tymi najbardziej powierzchownymi ;)) i otwarcie o nich mówią. Z reguły jak się zakochają i przedstawią mamie to już na amen. W takim razie włoski Casanova to mit? Nie, można spotkać i takich, ale na Boga nie wszyscy! „Mam dość zachodu z jedną kobietą, jeszcze miałbym latać za innymi?”, no nie?

Rzecz o poczuciu czasu

O ile w pracy obowiązują pewne reguły, o tyle po godzinach można zapomnieć głowy na karku. Jeśli spotkanie umówione jest na 19 najlepiej zjawić się na nie o 19.15. Tak zwany akademicki kwadrans jest swobodnym rozciągnięciem pełnej godziny w prawą stronę ruchu wskazówek zegara. Włochy to ciągłe oczekiwanie dla osób punktualnych, które nawet nie mają co liczyć na przeprosiny, bo przecież „to tylko 15 minut!”. Włosi rozumieją, że jeśli umawiają się na określoną godzinę to nie ma to formy zobowiązania na śmierć i życie, bo przecież każdemu może coś wypaść.

Godzina rozpoczęcia spotkań towarzyskich w większej liczbie osób wydaje się być tylko punktem w czasie, od którego można odliczyć godzinę do wyjścia. Raz lata temu, z koleżanką jeszcze nieobeznane w ulicznych szlakach zabłądziłyśmy i spóźniłyśmy się 40 minut na spotkanie ze znajomymi. Ku naszemu zaskoczeniu oni ciągle byli w umówionym miejscu, a na nasze wyjaśnienia odparli: „spoko, byliśmy na pizzy!”. Zawsze znajdzie się coś do zrobienia na ostatnią chwilę, nie warto patrzeć na zegarek bo i tak jest się spóźnionym no i w końcu „spoko to tylko 15 minut!”. I nie łudźcie się, że z randkami jest inaczej („No ale o co chodzi, przecież czekałaś w domu”).

Jeszcze jako studentka czekałam 30 min aż zjawi się mój rozmówca w rozmowie o staż. Wytarłam z nerwów na płasko obcasy butów, a pan, który zjawił się po pół godzinie spojrzał na mnie i rzucił sympatycznie jak gdyby nigdy nic: „Zapraszam, wszystko pójdzie dobrze!”

Strata poczucia czasu to włoska przypadłość, która nie oszczędza nawet tych najbardziej wytrwałych. Włazi przez skórę wraz z powietrzem, miesza się z krwią i przestawia ci zegarek. Ja, osoba, która zawsze zjawiała się przed czasem, zaczęłam spóźniać się notorycznie (na czas jestem tylko, gdy pędzę biegiem), zwłaszcza na kurs salsy. Wpadam z wiatrem we włosach, za mną kurz miasta, dłuższa wskazówka zegara wskazuje „20 po”, a siedzący za biurkiem znajomy uśmiecha się i leniwie wyciąga rękę po mój karnet. „Luzik, dopiero zaczęliśmy”, czyta mi w myślach, „od popołudnia mamy obsuwę”.

Więcej na: www.poraarbuza.blogspot.com

(Visited 31 times, 1 visits today)
Share This

About the author

Karolina Romanow

Kim jestem? Z wykształcenia filologiem, z zamiłowania odkrywcą. Nie, nie świata. Przynajmniej nie do końca ;) Odkrywcą samej siebie poprzez podróże. Dlaczego wyjechałam? Trochę romantycznie za "wołaniem", bo miejsca, trochę jak ludzie, czasem nas do siebie przywołują; za głosem serca, zapachem powietrza. Wydawać by się mogło, że dużo rzeczy przeze mnie przemawia ;) Na moim blogu www.poraarbuza.blogspot.com zaczęłam od opisywania Włoch takimi jakie je widzę na co dzień, jakimi je pokochałam i jakie ciągle poznaję. Na czym skończę? Czas pokaże. I zawoła ;)

View all articles by Karolina Romanow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.