Okińczyc. Wileńska polska marka

Okińczyc. Wileńska polska marka
Czesław Okińczyc zawsze budził, budzi i chyba jeszcze przez wiele lat będzie budził kontrowersje. Ma swoich zażartych przeciwników i zwolenników. Tych pierwszych dużo więcej niż tych drugich. Dlaczego? „Przy całym swoim wyczuciu politycznym, umiejętności definiowania sytuacji, umiejętności dzielenia rzeczy na ważne i nieważne ma taki prawniczy sposób porządkowania świata. A równocześnie potrafi być bezceremonialny — wygarnie w oczy, co myśli” — mówi przyjaciel Okińczyca Wojciech Wróblewski. To prawda, Okińczyc umie być czasami wkurzająco bezceremonialny, ale mi się jednak wydaje, że ta negatywna ocena jego osoby przez część społeczności wynika w większym stopniu z zazdrości. Bo Czesław Okińczyc jest niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Już w czasach sowieckich był wziętym adwokatem, w czasie wybijania się Litwy na niepodległość został jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków polskich na Litwie, sygnatariuszem Aktu Odrodzenia Niepodległej Litwy, wiceprzewodniczącym sejmowego Komitetu Spraw Zagranicznych. Był doradcą wszystkich litewskich prezydentów (z wyjątkiem obecnej), wielu premierów. Stworzył Radio „Znad Wilii”, wydawał gazety. I zarabiał pieniądze. I chyba to ostatnie najbardziej się niektórym nie podoba. Na Wileńszczyźnie bowiem każdy, kto odniósł sukces jest traktowany nieufnie. A już na pewno się oczekuje, że będzie z powodu swojego sukcesu non stop posypywał głowę popiołem, siedział cicho, głaskał wszystkich po głowach i te zarobione pieniądze rozdawał na prawo i lewo wszystkim „potrzebującym”. Okińczyc nie jest jednak człowiekiem, który by dał się zapędzić w taki kozi róg wiecznego przepraszania za sukces. A jakim człowiekiem jest? Na to pytanie próbuje dać odpowiedź książka Witolda Beresia i Jacka Jana Komara pt. „Okińczyc. Wileński autorytet Opowieść o wolnej Litwie”. Książka, w moim odczuciu, nieidealna, nierówna, ale interesująca, warta przeczytania i zmuszająca do zastanowienia się. Z trudem pewnie utoruje sobie drogę pod wileńskie strzechy, skoro już teraz zostało wydane przez miłościwie nam panującą opcję (tę samą, która tak dzielnie walczy z pokusami „ocenzurowania” propagandowych rosyjskich kanałów telewizyjnych na Litwie) ЦУ, żeby Okińczyca z jego książką nie wpuszczać do polskich szkół czy innych instytucji na Wileńszczyźnie.

Ta książka nie tylko opisuje polityczne losy Czesława Okińczyca, ale przedstawia i pokrótce historię Litwy. Przyznam uczciwie, że właśnie te części historyczne, szczególnie nie dotyczące bezpośrednio Okińczyca, zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie. Powierzchowne, skrótowe informacje znane każdemu, kto na Litwie mieszka lub Litwą się interesuje. Rozumiem, że Witold Bereś próbował nie tylko napisać popularyzatorski reportaż biograficzny, ale też przedstawić czytelnikowi w Polsce, bo ostatecznie to do niego przede wszystkim ta książka jest skierowana, walkę Litwy o niepodległość i wolność w ostatnim stuleciu. Przez to jednak zabrakło w książce więcej miejsca na tzw. smaczki. Dla mnie sporym minusem jest to, że tak mało miejsca zostało poświęcone młodości i okresowi sowieckiemu w życiu głównego bohatera, jego karierze prawniczej, jego rodzinie, a także bardziej wnikliwej analizie porażek, bo o niekwestionowanych sukcesach Okińczyca jest w niej sporo.

Architekt polsko-litewskiego partnerstwa strategicznego

„Okińczyc. Wileński autorytet Opowieść o wolnej Litwie” — to przede wszystkim opowieść o Okińczycu-polityku, który między innymi był pierwszym zagranicznym mówcą w polskim Senacie (apelował wtedy o wsparcie III RP dla Wilna broniącego się przed agresją radziecką), ale także książka o niełatwych stosunkach polsko-litewskich. Czesław Okińczyc był tym, który nie zważając na nic zawsze się opowiadał za współpracą polsko-litewską, pojednaniem Polaków i Litwinów. Był jednym z architektów strategicznego partnerstwa Polski i Litwy, dziś już w zasadzie pogrzebanego i niezasłużenie wyszydzanego. „Nagle wszystko się skończyło. Przyjęto bowiem zasadę, że jeśli Litwa nam nie idzie na rękę, to nie ma się co spieszyć, bo nas wschód nie interesuje. W ten sposób doszło do pogorszenia sytuacji polskiej mniejszości. Bo gdyby były utrzymywane intensywne, dwustronne stosunki na różnych szczeblach, to politycy litewscy nie odważyliby się pozwolić na pogorszenie sytuację (…) Oczywiście miejscowi Polacy tłumaczyli, że jest super, że tak trzymać! Że trzeba podnieść ten szlaban i jedyna droga to postawienie Litwinów pod ścianą. A ja wiem, że ani to uczciwe, ani mądre politycznie: to nie jest naród, który można zastraszyć!” — z goryczą mówi w książce Okińczyc. Także jego diagnoza stanu litewskiej elity politycznej jest niestety dosyć trafna: „Narodowa Partia Litewska nie dostaje nawet jednego procenta w wyborach parlamentarnych! Ale gdyby partie szły pod hasłami antypolskimi, toby zbierały po 80 procent głosów. I to ciekawe — dla nacjonalistów nie ma tematu rosyjskiego czy białoruskiego, ale jest polski. Wtedy raptem nacjonalista staje się liberał, socjaldemokrata czy ludowiec. A najgorsze jest to, ze minęło już ćwierć wieku, a te nastroje zamiast się zmniejszać – to się pogłębiają.” Podobnie jak trafna jest recepta na rozwiązanie problemów w stosunkach polsko-litewskich: „Mniejszościom narodowym trzeba dawać dziesięć procent więcej, niż proszą.” Niestety, mimo iż zrozumienie dla takiej opcji powoli rośnie, nadal głos Okińczyca to głos wołającego na pustyni.

 

Złe wróżby

Znamy się z Czesławem Okińczycem od wielu lat. Raz bywaliśmy po tej samej stronie barykady, innym razem — po różnych. Zaczynałem karierę dziennikarską w wydawanym przez niego tygodniku „Słowo Wileńskie”, następnie w latach 1998-99 tworzyłem dla niego dziennik „Gazeta Wileńska” (a propos dopiero z tej książki dowiedziałem się, że współwydawcą gazety był Grzegorz Hajdarowicz, jak widać bycie naczelnym gazety jeszcze nie oznacza posiadania całej wiedzy na temat gazety). Często dochodziło wówczas między nami do ostrych spięć, jeśli chodzi o koncepcję, jednak czuję wobec niego olbrzymi szacunek — za to, że jako jeden z nielicznych liderów polskich na Litwie umiał przyznać, że nie zna się na wszystkim i uszanować odmienne od swoich poglądy. Następnie nasze drogi się rozeszły. Czesław Okińczyc postawił na Waldemara Tomaszewskiego i AWPL, ja konsekwentnie tkwiłem w opozycji, gdyż w moim odczuciu Waldemar Tomaszewski i jego metody nie różniły się niczym od metod poprzedniego lokalnego Wodza Ryszarda Maciejkiańca, o którym w roku 1994 sam Czesław Okińczyc pisał (Ryszard Maciejkianiec porównał wówczas pośrednio traktat polsko-litewski, przy którym Okińczyc pracował, do paktu Ribbentrop-Mołotow): „Sama aluzja do paktu Ribbentrop-Mołotow jest oburzająca. I kto tę aluzje czyni? Czy wcześniej nic w życiu nie kojarzyło się Panu Maciejkiańcowi z paktem Ribbentrop-Mołotow? Czy nie przypominał mu się ten pakt, gdy w instancjach kontroli partyjnej miedzy innymi badał „odchylenia od linii”? Mnie nie traktat litewsko-polski, ale raczej osoba aktualnego Prezesa ZG ZPL kojarzy się z tamtą epoką, niektóre metody jego dzisiejszego działania i nawyki wyniesione z aparatu partyjnego sięgają bowiem epoki tego paktu. Patrzę z przerażeniem, jak ten wybrany w jawnym głosowaniu prezes poczyna sobie w ZPL. Jak wyrzuca ostatnich ludzi, którzy umieli pokazać swoją niezależność”.

Dziś Czesław Okińczyc chyba przyznałby mi rację, bo na łamach książki nie owija w bawełnę, gdy mówi o wyjściu AWPL z koalicji rządowej: „Akcja Wyborcza Polaków na Litwie nie zdała egzaminu ze sprawowania władzy — nie umiano przekonać koalicjantów do swoich racji i do sposobów rozwiązywania polskich problemów. Przez całe lata była w opozycji i nic z tego nie wynikało. A teraz miała szansę oddziaływania na państwo i nawaliła. Bo jak inaczej określić postawienie na jednej szali stanowisk siedmiu-ośmiu ministrów w zamian za jedna osobę, której sprzeciwiał się premier? Ba, należało zaproponować w zamian za nią dwie-trzy osoby, żeby pokazać, ilu to Polacy mają kompetentnych ludzi! (…) W sumie dla polskiej mniejszości narodowej efekty działania AWPL w koalicji rządzącej są kiepskie. Ale wina to nie tyle samej Akcji, ile po prostu prezesa Tomaszewskiego, bo w partii panuje kult jednostki. (…) A każdy, kto krytycznie wypowiada się na temat niego lub Akcji wyborczej natychmiast jest oskarżany o zdradę. Nie ma żadnej dyskusji. To są oznaki istnienia partii wodzowskiej, która z definicji nie może kreować nowych liderów. Wszystko to cofa nas o ćwierć wieku, kiedy to partia komunistyczna była rzeczą świętą. To nie wróży dobrze ani tej partii, ani naszej mniejszości.

 

Rok 2055

Poglądy polityczno-społeczne Okińczyca są w kategoriach europejskich czy według norm rządzących Polska i Litwą proste do zdefiniowania. Można go nazwać liberałem” — pisze Witold Bereś. Paradoksalnie Czesław Okińczyc przez 25 lat pozostaje symbolem tej liberalnej wileńskiej opcji polskiej, chociaż w tym czasie pojawiło się mnóstwo innych opozycyjnych polskich polityków i organizacji. Nie udało im się jednak ani utrzymać na scenie politycznej, ani tym bardziej zdobyć takiej pozycji jaką ma Okińczyc. Większość z nich przepadła z kretesem, utonęła w paranoicznych teoriach spiskowych lub sprzedała się za ciepłe posady. Niektórzy dalej probuja walczyć. Najczęściej na marginesie tak regionalnego, jak i ogólnokrajowego życia politycznego. I ten liberalny światopogląd to jest to, co nas z Okińczycem łączy. To oraz wiara w inną Litwę, która jest możliwa. Według Okińczyca już w roku 2055: „Litwa moich marzeń to przede wszystkim kraj otwarty na świat, przyjazny wszystkim, zwłaszcza swoim obywatelom. Nawiązujący do tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, rzeczywistej wielonarodowo ci i mądrego zróżnicowania, gdzie każdy ma to na co zasługuje i gdzie mniejszość narodowa dostaje więcej niż to, o co prosi. To będzie nasze litewskie hasło – że jesteśmy elastyczni otwarci. Że zapraszamy do siebie cały świat (…) I cały świat będzie wtedy widział, ze to jest przyjazne państwo — bo szanuje swoje mniejszości narodowe.(…) To jest moja wizja. Więc nie mogę się doczekać tego roku 2055, kiedy będę miał sto lat.” Osobiście mam nadzieje, że ta wizja się spełni trochę wcześniej, gdyż w odróżnieniu od Czesława Okińczyca jestem dużo bardziej sceptyczny co do swoich szans dotrwania do roku 2055, mimo iż jestem 20 lat od niego młodszy.

Przed dziesięcioma laty sam nosiłem się z pomysłem napisania książki o Czesławie Okińczycu. Dziś uważam, że bardziej interesującym doświadczeniem byłoby przeczytanie wspomnień Czesława Okińczyca, a nie książki o nim. Gdybym jednak ją napisał — na pewno byłaby zupełnie inna niż książka Witolda Beresia. I na pewno nie nazwałbym ją „Wileński autorytet”. Nie dlatego, że Czesław Okińczyc autorytetem nie jest (dla wielu osób jest, dla wielu nie jest — to kwestia indywidualnych wyborów), tylko dlatego, że w strefie wpływów kultury rosyjskiej (a taka niestety jest Litwa) słowo „autorytet” nabiera pewnej dwuznaczności. Jaki tytuł bym więc dał książce o Okińczycu? Pewnie odwołałbym się do słów, które wypowiada o nim biznesmen Grzegorz Hajdarowicz: „On zawsze w moich oczach był wielkim brandem. Polską marką.”

Można Czesława Okińczyca lubić lub nienawidzić, ale nie da się negować jego znaczenia. Warto pamiętać o słowach byłego prezydenta Litwy Valdasa Adamkusa („Okińczyc otworzył niejedne drzwi, które stworzyły możliwości napisania rozdziałów w stosunkach Wilna z Warszawą”), prezydenta Polski Aleksandra Kwaśniewskiego, („Okińczyc to taki widomy znak ponadczasowego obywatela Rzeczpospolitej Obojga Narodów”), Zbigniewa Brzezińskiego („Tacy ludzie jak Okińczyc swoją nieustępliwą postawą nie tylko przyczynili się do obalenia komunizmu, nie tylko na co dzień budują  silną pozycję swoich niepodległych państw w rodzinie krajów demokratycznych, ale też w przyszłości będą wzorem dla nowych pokoleń”) czy Jana Nowaka-Jeziorańskiego („To Polak z żelaza”). Wątpię, czy Zbigniew Brzeziński lub Jan Nowak-Jeziorański byliby w stanie wymienić chociaż jedno jeszcze nazwisko jakiegoś współczesnego Polaka z Litwy. Tak więc Okińczyc — to nasz wileński brand, nasza wileńska polska marka. Marka, której potencjał chyba nie zostal niestety wykorzystany.

Fot. Antoni Radczenko

Witold Bereś (współpraca Jacek Jan Komar), Okińczyc. Wileński autorytet. Opowieść o wolnej Litwie, PIW, Warszawa 2015.

(Visited 38 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Share This

About the author

Aleksander Vile Radczenko

Aleksander Vile Radczenko (ur. 15 sierpnia 1975 w Wilnie) – litewski prawnik, podróżnik, pisarz i dziennikarz polskiego pochodzenia, działacz mniejszości polskiej, b. redaktor naczelny "Gazety Wileńskiej", autor blogu "Inna Wileńszczyzna jest możliwa": http://rojsty.blox.pl

View all articles by Aleksander Vile Radczenko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.