Chiński Nowy Rok cz.1

Chiński Nowy Rok cz.1

img_6

Dopiero wróciłem z Polski po jednym wolnym, a tu chcąc nie chcąc zacząłem kolejne. Wyruszyłem w drogę do prowincji Hunan świętować Nowy Rok. Drugi raz w tym miesiącu. Następnym razem może spróbuję jeszcze wcisnąć w środek prawosławnego sylwestra.

Na dworzec pędziliśmy żeby się nie spóźnić, ale na miejscu okazało się, że będziemy czekać pół dnia na uwięziony w korkach autobus. Usiadłem w tłumie. Kiedy gość koło mnie zaczął charczeć i się dusić przestraszyłem się, że będę musiał udzielać pierwszej pomocy. Szybko zacząłem przypominać sobie chwyt Heinekena, lecz on zdążył już wypluć na podłogę dworca spektakularną flegmę.

Potem jeszcze raz dałem się nabrać, że się krztusi, po czym zobojętniałem na jego charkania i plucia. Przechodnie roznieśli tą zielono- brązowo zygotę na butach we wszystkie strony.

I tak gdzieś w różnych zakątkach dworca autobusowego powstało nowe życie.

Udałem się do ubikacji zwanej w języku chińskim „myć- ręce- pokój”. Musiało wydarzyć się tam coś ponad zwyczajne mycie rąk, bo po tym co zobaczyłem powziąłem chińskie noworoczne postanowienie- powstrzymanie się od korzystania z ubikacji publicznych.

Potem wsadzili nas w busa, podwieźli gdzieś i przepakowali do autobusu, a następnie odjechaliśmy ku przygodzie. W poprzek chaotycznego placu budowy jakim jest prowincja Guangdong. Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się na parkingu usłanym ściółką śmieci. Obiecałem sobie że nie pójdę do ubikacji i tkwiłem w tym postanowieniu stojąc wraz z innymi pasażerami i podziwiając potęgę żywiołu- pożar trawiący okoliczny las oraz unoszące się kłęby czarnego dymu. Pożar, śmieci, korek. Scena wyglądała jak koniec świata, a to tylko chiński koniec roku. Nagle zachciało mi się do ubikacji i zorientowałem się, że obok mnie kupka jakieś dziecko w objęciach mamy akompaniującej mu za pomocą efektów dźwiękowych. Skutecznych efektów dźwiękowych. Ja musiałem tkwić w swym postanowieniu.

Niektórzy pasażerowie pojedli coś na tym parkingu i niespełna godzinkę po odjeździe- bije się w klate, że piszę prawdę- zaczęły się cofki. I to nie autobusu. Słyszałem już o takich zarzyganych autobusach i zawsze chciałem to zobaczyć na własne oczy. Moje marzenie się spełniło.

Kiedy wjechaliśmy na kręte górskie drogi prowincji Hunan zaczęło się od pana za mną. Najpierw szelest worka. Coraz bardziej nerwowy, bo one są zawsze tak sklejone, że potrzeba kilku lat doświadczenia na kasie w markecie, by nauczyć się je zgrabnie otwierać. Zdążył. Autobus nie przestawał tańczyć na serpentynach.

Następna była pani przede mną (taki zarzygany kącik mi się trafił). Wcześniej walczyła o miejsce przy oknie. Teraz to się na niej zemściło, bo zerwała się i zaczęła rozglądać nerwowo, cała zielono- pomarańczowa. Oczami wyobraźni widzę jej plan: przeprosić sąsiadkę, wyjść z gracją na środek, przekroczyć bagaż, udać się do kierowcy i poprosić o zatrzymanie.

Sroga rzeczywistość zweryfikowała ten pomysł. Zaczęła już słabo- poturbowała sąsiadkę. Następnie wyłożyła się na pierwszym bagażu i na kolanach puściła pawia z głośnym międzynarodowym zawołaniem „Yyuuuuuuueeeee!”

Potem był jeszcze jeden pan nieco dalej z przodu, ale już na mniej spektakularny sposób i ciuchutko jeszcze jedna dziewczyna. Oczy zaczął mi trawić lotny kwas żołądkowy unoszący się w autobusie. Nie było to aż tak wspaniałe wydarzenie, jak pamiętne wymiociny w Tsagan Saar w Mongolii, ale było to zupełnie jak w opowieściach o zarzyganych autobusach tańczących pośród gór, które słyszałem już kilkakrotnie.

Z pojazdu wysiadłem późno w nocy w dobrym humorze nie spodziewając się, że od teraz jednak będę miał przesrane. Dosłownie i w przenośni.

https://zimawub.wordpress.com/

(Visited 24 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Share This

About the author

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.